Nadzór bankowy ma od początku roku 2008 przejść do Komisji Nadzoru Finansowego (KNF). To rezultat uchwalonej w 2006 r. ustawy o konsolidacji nadzoru finansowego w jednym urzędzie. Rządzące wówczas PiS zachwalało ten pomysł jako nowoczesny i odpowiadający wyzwaniom globalizacji i zgodny z tendencjami rozwoju rynków finansowych. Cześć ekspertów kręciła nosami, że KNF będzie nazbyt zależna od rządu, że na konsolidację nadzorów jest za wcześnie, bo polski rynek nie jest jeszcze na tyle rozwinięty, by konieczne było takie rozwiązanie. Wówczas jednak puszczano te zastrzeżenia mimo uszu. Nadzór skonsolidowano, a okres przejściowy przewidziano jedynie dla nadzoru bankowego.
Prezydent złożył w Sejmie projekt nowelizacji ustawy o nadzorze finansowym, która przewiduje, że nadzór bankowy trafi do KNF nie w 2008 r., jak zakłada obowiązująca wciąż ustawa, a od 2013 r. To powtórka inicjatywy z sierpnia tego roku, którą Sejm nie zdążył się zająć. Dla ułatwienia: to ten sam prezydent, który podpisał obowiązującą ustawę o nadzorze finansowym. Co się zmieniło przez te miesiące, że argumenty przeciwników konsolidacji zostały w Pałacu Prezydenckim wysłuchane? Przede wszystkim zmienił się premier, który powołuje szefa i wiceszefów KNF (tych ostatnich na wniosek przewodniczącego komisji), zmienili się ministrowie, którzy będą delegować do KNF swoich przedstawicieli. Z punktu widzenia PiS kontrola nad rynkiem finansowym przechodzi w ręce wrogiego obozu politycznego. Nowelizacja ustawy jest próbą uratowania od tego losu nadzoru bankowego.
Z tego ping-ponga wokół nadzoru finansowego można wysnuć kilka wniosków. Po pierwsze nie należy wplatać rynków finansowych w polityczne wojny. Przypomnijmy kontekst uchwalania ustawy o skonsolidowanym nadzorze — jedną z przyświecających intencji było wydobycie nadzoru bankowego z NBP, gdzie rządził znienawidzony Leszek Balcerowicz. Autorzy ustawy, m.in. Cezary Mech, zapomnieli tylko, że „Balcerowicz musi odejść”. Gdy odszedł, nagle okazało się, że umiejscowienie nadzoru bankowego w strukturach banku centralnego nie jest takie najgorsze. Po drugie, jeśli myślimy o tak skomplikowanej i delikatnej strukturze jak nadzór nad instytucjami finansowymi, warto spojrzeć na sprawę w perspektywie nieco dłuższej niż jedna kadencja (tym bardziej że doświadczenie uczy, iż może być skrócona). Po trzecie wreszcie, i najważniejsze — na tym przykładzie doskonale widać, jak ważna jest niezależność nadzoru finansowego od polityki. Bo czyż prezydent musiałby się teraz kłopotać z nowelizacją ustawy o nadzorze, gdyby poprzednia jej wersja nie budziła wątpliwości co do możliwości wpływania rządu na działalność KNF.
Komisji trzeba oddać sprawiedliwość, że nie dała większych powodów do podejrzeń, iż ulega naciskom rządu. Wątpliwości budzi sposób powoływania jej członków, niemal w całości w rękach rządu. I to może być optymistycznym akcentem — skoro prezydent coraz bardziej docenia zalety niezależności nadzoru finansowego, to może być tylko lepiej. Jeśli politycy tak wyszarpują sobie nadzór nad rynkami, może wyszarpną go sobie na dobre.
Adam Sofuł