Obejmują one wszystkie personalia z list wyborczych: imię, nazwisko, adres zamieszkania, datę urodzin, preferencje wyborcze oraz numer telefonu i adres e-mailowy. Chris Vickery, który pracuje jako informatyk w jednej z firm w Austin w stanie Teksas, odkrył to przypadkowo. Dzięki oprogramowaniu udostępnionemu przez strony internetowe CSO Online oraz Databreaches.net udało się mu ustalić, że dane pochodzą ze stanowych list wyborczych.

— Najbardziej alarmujące jest to, że w jednym miejscu zgromadzono tak wiele wrażliwych danych, które mogą być wykorzystane przez przestępców — podkreślił informatyk. Federalne Biuro Śledcze (FBI) bada sprawę przecieku, a Federalna Komisja Wyborcza stwierdziła, że „ochrona danych wyborców nie mieści się w jurysdykcji komisji”. Zdaniem Jeffa Chestera, dyrektora Center for Digital Democracy, masowe udostępnienie danych osobowych, w tym takich, które pozwalają zrekonstruować polityczne preferencje i poglądy danej osoby, jest niedopuszczalne i wymaga przyjęcia odpowiednich regulacji prawnych. Firma informatyczna NationBuilder, która prawdopodobnie odpowiada za błędy w oprogramowaniu, bagatelizuje problem.
— Dane te zawsze były dostępne i upubliczniane w obrębie każdego stanu. Nic nowego z danych osobowych nie wypłynęło — stwierdził Jim Gilligan, przedstawiciel firmy. [DI, PAP]
