Tamtą sprzed 105 lat upamiętnia ustawowe Narodowe Święto Niepodległości, natomiast przełom ustrojowy sprzed 34 lat uhonorowany został jedynie uchwałą Sejmu o ustanowieniu Dnia Wolności i Praw Obywatelskich. Wielka szkoda, że tylko gestem symbolicznym, a nie ustawowym świętem państwowym, które przecież nie wiązałoby się z dniem wolnym od pracy. Warto jednak przypomnieć, że dekadę temu zastępcza uchwała przeszła stosunkiem 405:0, przy 25 posłach wstrzymujących się (SLD miał własną interpretację 4 czerwca 1989 r.) oraz 30 nieobecnych. W zwartym szyku głosowali m.in. Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, Waldemar Pawlak, Janusz Palikot, etc. Notabene Andrzej Duda jeszcze w 2019 r. elegancko upamiętnił 30. rocznicę wyświetleniem na Pałacu Prezydenckim kultowego plakatu „W samo południe 4 czerwca 1989”, na którym szeryf Will Kane, znaczy Gary Cooper, zachęcał do głosowania na drużynę Lecha Wałęsy. Obecnie dzień o tak epokowym znaczeniu dla Polski głowie państwa obrzydł, odnotowany zaś został w sposób zdumiewający. Prezydent podpisał w poniedziałek specustawę o utworzeniu czerezwyczajnej komisji ds. przedwyborczego zniszczenia opozycji, zaś po zaledwie trzech dobach oznajmił… pomylone garnki i wniósł zaskakujący projekt nowelizacji.

Faktów nie da się wygumkować, chociażby starała się to zrobić np. zasilana budżetowymi miliardami machina TVP. Zapożyczając frazę od Jana Pawła II – właśnie 4 czerwca 1989 r. „wszystko się zaczęło”. Tamten przełom miał strategiczne znaczenie także dla gospodarczych dziejów Polski. Już od 1 stycznia 1989 r. obowiązywała ustawa o działalności gospodarczej autorstwa ministra Mieczysława Wilczka, będąca rzutem na taśmę ostatniego rządu PRL. Znakomita – ze względu na jej prostotę – ustawa przez pierwsze miesiące była jednak martwa, dopiero po 4 czerwca 1989 r. powszechne poczucie odzyskania wolności uruchomiło eksplozję narodowej przedsiębiorczości. W pierwszych latach szło bardzo ciężko, szokowa terapia finansowa autorstwa wicepremiera Leszka Balcerowicza rzuciła od 1 stycznia 1990 r. na bardzo głęboką wodę całe branże i grupy społeczne, które nie umiały pływać. Produkt krajowy brutto spadł nawet poniżej poziomu z kryzysowej końcówki PRL. Dnem najgłębszym były epizodyczne rządy premiera Jana Olszewskiego, wtedy jedyny raz Sejm nie miał projektu budżetu państwa. Awaryjnie uchwalono jedynie ustawowe prowizorium na pierwszy kwartał 1992 r., a budżet całoroczny z wielkim spóźnieniem, dopiero po odwołaniu rządu.
W tym roku 4 czerwca ponownie zyskał bardzo konkretny kontekst wyborczy. Parlament zostanie wybrany najprawdopodobniej w pierwszą możliwą konstytucyjnie niedzielę, 15 października. Cztery miesiące przed głosowaniem w ogromnym, imponującym marszu obywatelskim w Warszawie zjednoczyły się praktycznie wszystkie siły opozycji, które jednak wystartują w czterech osobnych nurtach – liczę tylko komitety z realnym szansami na wejście do Sejmu. Naturalnym hegemonem manifestacji niezadowolenia była PO/KO pod wodzą Donalda Tuska, ale na odłożony efekt w urnach liczą wszyscy udziałowcy. Stabilne sondaże wskazują, że lista PiS oczywiście zajmie w październiku pierwsze miejsce, ale tym razem znacznie poniżej progu samodzielnej większości bezwzględnej, z wynikiem gorszym od zsumowanego urobku partii opozycyjnych. Obecnie nikt nie wie, czy w ogóle oraz w jakiej konfiguracji większość arytmetyczna będzie mogła przełożyć się na stabilną większość polityczno-rządową. Niedzielny ogromny marsz z jednoczącym lejtmotywem „nie PiS” nie przybliżył Polski do odpowiedzi na to strategiczne pytanie.

