Wykluczeni społecznie polubili przedsiębiorczość

  • Jacek Kowalczyk
opublikowano: 30-04-2014, 00:00

Spółdzielnie społeczne rosną w Polsce jak grzyby po deszczu. Jest ich już ponad tysiąc i zatrudniają prawie 10 tys. osób

Kiedy w 2006 r. Sejm przyjmował ustawę o spółdzielniach socjalnych, umożliwiającą bezrobotnym zakładanie firm na specjalnych warunkach, inicjatywa budziła na Wiejskiej spore kontrowersje. Obawiano się, że nowa forma działalności gospodarczej będzie nadużywana przez nieuczciwych przedsiębiorców — że będą otwierać fikcyjne spółdzielnie, by korzystać z preferencji i wyciągać publiczne dotacje. Zwłaszcza opozycyjna wówczas Platforma Obywatelska biła na alarm.

— Mamy wiele zastrzeżeń do tej ustawy. Otwiera ona niebezpieczne pola dla inwencji osób, które poszukują nienależnych udogodnień — ostrzegał Eugeniusz Wycisło, poseł PO.

Za rękę do biznesu

Ustawa jednak weszła w życie i po ośmiu latach wygląda na to, że spółdzielnie socjalne zdały egzamin — jest ich coraz więcej i okazują się niezłym narzędziem walki z bezrobociem.Przypadki nadużyć zdarzają się, ale to raczej margines. Spółdzielnie socjalne to wynalazek importowany do Polski z krajów Europy Zachodniej. Ludzie, którzy wydają się straceni dla rynku pracy i gospodarki (np. wychodzący z nałogów, bezdomni, wieloletni więźniowie, niepełnosprawni czy chorzy psychicznie) mogą łączyć się i zakładać firmy na specjalnych warunkach. Dostają od państwa pieniądze na start, zwykle przez rok mają też wsparcie doradcze (np. przy księgowości) i często dostają część zleceń od administracji rządowej i samorządowej.

— Na początku tacy świeżo upieczeni przedsiębiorcy są prowadzeni za rękę i w dodatku mają ten atut, że wzbudzają wśród klientów współczucie. Ten okres ochronny ma ich przygotować, by wkrótce mogli poprowadzić firmę samodzielnie — tłumaczy Michał Sobczyk, członek zarządu Ogólnopolskiego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Socjalnych, współtwórca spółdzielni Issa prowadzącej hostel w Łodzi.

Liczba takich podmiotów rośnie w Polsce jak kula śniegowa i w ostatnich tygodniach przebiła czterocyfrowy poziom. Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej (COIG), 28 kwietnia 2014 r. zapisanych w KRS było już 1065 tego typu podmiotów. Od początku roku ich liczba wzrosła o 151 i z każdym kolejnym rokiem przyrost ten jest większy.

Tysiące „odzyskanych”

Skąd tak silny wzrost? Powodów jest kilka.

— Najważniejszy jest taki, że w ostatnich latach wzrosła wartość dotacji z urzędów pracy na otwieranie spółdzielni. Ostatnio znacznie łatwiej było o grant niż kilka lat temu, kiedy spółdzielczość socjalna w Polsce dopiero ruszała — mówi Michał Sobczyk. Ponadto do niedawna mało który bezrobotny w Polsce wiedział, że istnieje taka forma prawna jak spółdzielnia socjalna. Dzisiaj ta wiedza robi się coraz bardziej powszechna, a sukces jednego świeżo upieczonego przedsiębiorcy zachęca następnych do spróbowania swoich sił.

— Według KRS, dotychczas tylko 22 spółdzielnie całkowicie zakończyły działalność. Potencjalni spółdzielcy widzą więc, że inni poradzili sobie z zadaniem prowadzenia takiego przedsiębiorstwa — mówi Jarosław Nowrotek, prezes COIG.

Spółdzielnie socjalne nadal nie stanowią jeszcze siły, która mogłaby odmienić sytuację na polskim rynku pracy, ale pewien wpływ na nią mają. Według badania Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego z 2012 r. (na podstawie danych za latach 2010- -11), statystyczna spółdzielnia socjalna w Polsce składała się z 7,1 członków oraz zatrudniała dodatkowo 2,3 pracownika. Czyli przeciętny podmiot tworzył 9,4 miejsca pracy. Jeśli założyć, że ten jednostkowy poziom zatrudnienia został do dziś utrzymany bez zmian, spółdzielnie pracy tworzą obecnie prawie 9,7 tys. miejsc pracy. To dwukrotnie więcej, niż wynosi całe zatrudnienie w polskim przemyśle tytoniowym, albo połowa zatrudnienia w produkcji napojów.

— Zjawisko spółdzielczości socjalnej w Polsce przybiera na sile. To bardzo pozytywne zjawisko. Bezrobotni wychodzą z bezrobocia, rozpoczynają nowe życie, a w wielu przypadkach tworzą miejsca pracy dla innych — mówi Michał Sobczyk.

Państwo zarabia, bo spółdzielcy płacą podatki, a w dodatku przestają pobierać zasiłki dla bezrobotnych i pomoc społeczną. A nadużycia?

— Czasem słyszy się o przypadkach, w których ludzie wolnych zawodów, np. prawnicy czy artyści, zakładają spółdzielnie, by dostać dotację na start. Ale to wyjątki, a nie norma. Poza tym, jeśli takie osoby rzeczywiście w ten sposób skrzykują się, tworzą wspólny podmiot gospodarczy, który tworzy kolejne miejsca pracy, to nie ma w tym nic złego — mówi Michał Sobczyk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu