Wtorkowa sesja w USA pokazała, że inwestorzy nie bardzo wiedzą, co mają robić. Wyniki kwartalne spółek — w odniesieniu do prognoz — były dobre. Poza tym rynek czekał na to, co powie po sesji Intel, a zakładano, że będą to informacje pomagające bykom. Jednak prawie 4,5 godziny indeksy spadały i dopiero pod koniec przeszły na plusy. Inwestorzy zaczęli się zastanawiać, czy wyniki spółek nie są już zawarte w cenach akcji. Sesja nie była sygnałem sprzedaży, ale niewątpliwie było to ostrzeżenie. Poza tym najgorsze w tej hossie jest to, że obroty nadal są bardzo małe.
Wyniki Intela były lepsze od prognoz. Podziwiam perfekcję analityków i zarządów. Że też nikt nie zwróci uwagi na zadziwiającą zbieżność wyników i prognoz, które zazwyczaj przekraczane są o 1 do 2 centów. W tym przypadku było to 25 zamiast 23 centów na akcję. Spółka podniosła również prognozy (tak jak zapowiadali analitycy) stwierdziła jednak, że wzrost popytu wynika z większych wydatków konsumentów. Jednak wydatki inwestycyjne firm nie będą się znacznie zwiększały. To, że po sesji kurs wzrósł, nic jeszcze nie znaczy. Wczoraj była idealna sytuacja do ataku dla niedźwiedzi. Tak dzieje się często, kiedy bykom wydaje się, że zmuszą posiadaczy krótkich pozycji do gwałtownego zamykania pozycji. Jeśli inwestorzy zareagują na wyniki i prognozy Intela wyprzedażą albo brakiem zainteresowania tymi akcjami, to zacznie się dłuższa korekta. Oczywiście o ile dane makro nie rozbudzą nowych nadziei na niezwykłe wprost ożywienie gospodarcze. A musiałoby być rzeczywiście niezwykłe, by usprawiedliwić ceny płacone obecnie za akcje.
W CNBC jeden z analityków powiedział, że budujemy teraz coś, co można nazwać „balonem spekulacyjnym juniorem” — w odróżnieniu od seniora, czyli hossy pod koniec dwudziestego wieku. Wczoraj, w czasie naszej sesji, wydawało się, że musi nastąpić duży wzrost, ale taka sytuacja panuje zawsze również w dniu odwrotu.
Takich rozważań nie przeprowadzali wczoraj inwestorzy w Eurolandzie. Indeksy rosły, chociaż na początku nie było widać wielkiego entuzjazmu. Im bliżej jednak było otwarcia w USA, tym było lepiej, a doskonały odczyt indeksu Fed z Nowego Jorku bardzo pomógł rynkowi. Europejczycy kupują akcje niejako wbrew swojej woli. Zdają sobie sprawę ze szkód, jakie wyrządza gospodarce mocne euro, ale nie mogą się oprzeć przykładowi płynącemu z USA.
Dziś będziemy mieli kolejny ciężki dzień. Na początku wczorajsze wyniki IBM będą miały wpływ na początek sesji, ale później dostaniemy sporo danych makro i mnóstwo wyników spółek. Najważniejsze z nich to Coca-Cola, Caterpillar, Ford Motor, Nokia, SAP AMD, eBay i Sun Microsystems. Tyle tylko że, jak widać, nie tyle sam wynik jest ważny (zazwyczaj jest lepszy od prognoz), ile reakcja rynku. Jeśli chodzi o dane makro, to inflacja nie powinna mieć wielkiego wpływu na rynek akcji. Za to informacje z rynku pracy z pewnością będą miały spory wpływ. Również dane o dynamice produkcji powinny mieć spore znaczenie.
W Polsce początek sesji był bardzo pozytywny i szybko zamknęliśmy okno bessy na WIG20 przy 1688 pkt. Rynkowi znów przewodziły KGHM, TP SA i BPH PBK, ale reszta rynku też zachowywała się bardzo dobrze. Uspokojenie przyniósł udany przetarg na obligacje pięcioletnie. Nie można było tym razem narzekać na obrót — był bardzo duży.
Jedno mnie tylko niepokoi: ogólnie panujące przekonanie, że hossa jeszcze długo potrwa. Ta pewność jest widoczna i u nas, i za oceanem. To często się źle kończy, ale to tylko przestroga, bo sam nie widzę na razie zagrożeń. Opór w czasie sesji został pokonany, więc wydawało się, że została otwarta droga ku poziomowi 1900 pkt na WIG20. Na fixingu indeks wrócił jednak pod opór, co znacznie zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia podwójnego szczytu.