Wyrównanie niedoboru nie zlikwiduje deficytu

Jacek Zalewski
opublikowano: 2001-09-18 00:00

Wyrównanie niedoboru nie zlikwiduje deficytu

Odchodzący rząd na każdym kroku podkreśla zasadniczą różnicę między niedoborem budżetu na rok 2002 — którego rozmiary wahały się, ale stanęło na 88 mld zł — a deficytem, ustalonym przez rząd na 40 mld zł. Na kilka dni przed wyborami okazuje się, że elektorat nic z tej żonglerki liczbami nie rozumie i zachodzi w głowę, czemu ministrom zmniejszenie niedoboru o 40 mld (bo formalnie tak należy odczytywać ustalenie deficytu) zajęło pięć minut, natomiast rozwiązanie problemu pozostałych 48 mld nie posunęło się o krok.

Najnowszy słownik języka polskiego PWN definiuje deficyt jako „nadwyżkę rozchodu nad przychodem i powstały stąd brak pokrycia wydatków; niedobór”, zaś niedobór jako „nadwyżkę rozchodu nad dochodem; deficyt”. Wynika z tego, że dla językoznawców oba finansowe terminy są synonimami, podobnie zresztą jak przychód i dochód, które w obu definicjach występują wymiennie. Jednak dla finansistów językowa różnica ma znaczenie strategiczne. MF całą uwagę koncentruje obecnie na niedoborze, uznając sprawę deficytu za szczęśliwie załatwioną.

Przypomnijmy, że aż do roku 1998 operowaliśmy w Polsce terminem niedobór budżetu państwa. Dopiero po uchwaleniu Konstytucji oraz po wejściu w życie od 1 stycznia 1999 r. ustawy o finansach publicznych zaczął obowiązywać termin deficyt. Zmianie językowej towarzyszyły twarde przepisy o tym, iż rozmiary deficytu — ustalone przez rząd w projekcie ustawy budżetowej — są dla parlamentu (który chętnie zwiększałby wydatki, nie dbając o dochody) nieprzekraczalną barierą.

Tabelka obok zawiera dosłowne sformułowania z kolejnych ustaw budżetowych i jest dowodem ewolucji myślenia o niedoborze/deficycie. W PRL, aż do roku 1988 włącznie, problem cięcia wydatków nie istniał. Saldo ujemne wyrównywano po prostu „kredytem zaciągniętym przez ministra finansów w NBP”. Była to elegancka nazwa dodruku pustego pieniądza, jako że spłacenie kiedykolwiek owego kredytu było czystą abstrakcją. Inflacja wymykała się spod kontroli, ale w zamian władza uzyskiwała możliwość prowadzenia polityki zabezpieczenia społecznego.

Przełomowy politycznie rok 1989 stanowił także przełom w budżetowych dziejach kraju. Zapisał się hiperinflacją, jako że ujemne saldo po staremu wyrównano gigantycznym dodrukiem pieniądza, ale pojawiły się już obligacje. Od roku 1990 konstruktorzy każdego kolejnego budżetu coraz bardziej zdawali sobie sprawę, iż niedobór/deficyt można uzupełniać tylko POŻYCZKĄ. Koalicja AWS/UW znalazła dodatkowe, chociaż przejściowe źródło pokrywania deficytu — przychody z prywatyzacji.

W powyższym komentarzu przypominamy rzeczy oczywiste, z jednego powodu — w wyborczej gorączce cała nasza klasa polityczna (i rząd odchodzący, i przyszły) zbyt łatwo przeszła do porządku i zaakceptowała 40-miliardowy deficyt, rozgrywając politycznie tylko sposoby załatania 48-miliardowej dziury. A przecież wewnętrzny dług państwa nie może narastać w nieskończoność!