Wyrwaniec hayduk zawieruszka

Magdalena Machowska
24-12-2003, 00:00

W międzywojniu, by wybrać się na karnawałowy bal, należało się wykosztować. W interesie klasy pracującej!

W przedwojennej Warszawie eleganccy panowie na bale kupowali koszule u Ignatowskiego albo u Balarego, garnitury i sakpalta u Hersego, a oficerowie — buty u Kielmana na Chmielnej. Panie szyły kreacje u najzdolniejszych szwaczek, bo tam powstawały nietuzinkowe modele.

Karnawał, który w młodym państwie polskim — II Rzeczypospolitej — trwał od stycznia do Popielca, dla jednych był czasem zabawy, dla innych — pracy.

Anna z Działyńskich Stanisławowa Potocka, właścicielka Rymanowa w „Pamiętniku” notuje: „Za młodu wydawało mi się, że straszna szkoda każdego grosza, który idzie na karnawał, na stroje, na przyjęcia. Dziś, przez wiele lat żyjąc wśród klas pracujących, zmieniłam zdanie. Nieudany karnawał to dekret nędzy i licytacji na mnóstwo rodzin. Ogrodnicy, tapicerzy, pracownie sukien, pracownie kwiatów sztucznych, wszystko to przez resztę roku prawie nie ma zarobku, zaledwie wegetuje i końce im się ledwie schodzą. Dopiero karnawał decydując o ich egzystencji staje się [tą] chwilą. Nie trzeba więc życzyć źle karnawałowi!”.

Od lipki do mazura

O wielu tańcach sprzed wieków nikt już nie pamięta. Zachowały się tylko nazwy, na które natrafi miłośnik literatury staropolskiej. Pisarze uwiecznili: lipkę, hayduka, świeczkowego, wyrwańca, fortunnego, ruskie pląsy, zawieruszkę, gniotka, skoczka. Niektóre figury taneczne — szewc, śpiewany kowal, bednarz czy tkacz wzięły nazwy od rzemiosł.

Brylanty narodowej choreografii: polonez i mazur są do dziś uważane za tańce narodowe. Nieoceniony Władysław Łoziński pisze, że wyrażają one cechy naszego charakteru. Polonez — marsową powagę, dostojną i szlachetną dumę sarmacką, rycerską godność. Mazur — młodzieńczy zapał, dziarskość i ognistość temperamentu, wesołą i poetyczną werwę polską. Poloneza i mazura tańczymy do dziś. Może dlatego, że „para tańcząca mazura wygląda jak dwoje szczęśliwych istot ulatujących ku szczęścia krainom. Muzyka mazura jest połączeniem melancholii z wesołością, rzewnej tęskności z rezygnacją” — pisał poeta Kazimierz Brodziński.

Skandalem i kompromitacją była nieznajomość figur tanecznych. Autor podręcznika do tańca z 1904 r. podaje, że mazur liczył 150 figur, a krakowiak miał dwa układy. Z pewnością nie każdy rodził się tancerzem, ale wypadało i to umieć. W Warszawie Aleksander Sobiszewski prowadził znaną szkołę tańca. W Krakowie w salonie pani Dorożyńskiej, mistrz Witkay uczył m.in. młode Kossakówny, jak elegancko poruszać się na parkiecie.

Wodzireje

XIX-wieczny scenariusz balu obowiązywał w pierwszym dziesięcioleciu II Rzeczypospolitej. Bale tradycyjnie rozpoczynano polonezem, który prowadzili najznamienitsi goście. Zabawą kierował wodzirej, który dbał również o to, by „panienki siedzące pod ścianą z mamusiami, a nie mające zbytniego powodzenia, też przynajmniej od czasu do czasu poszły w pląsy”.

W wielu przedwojennych restauracjach, poza bardzo modnymi dansingami, coraz częściej koncertowały orkiestry, występowali piosenkarze, grali pianiści — wspomina Wiesław Wiernicki. Modne były wówczas cygańskie orkiestry, grające romanse i czardasze.

Nowa Polska tańczyła tańce dawne i nowe: polonez, boston, shimmy, one step, walc, tango, mazur, kotylion, oberek, biały walc, krakowiak. Porządek tańców był z góry ustalony i wypisany na karnecikach balowych. Karneciki nierzadko uznać trzeba za przykłady fantazji i kunsztu sztuki introligatorskiej. Na przykład na szczególnie ekskluzywnych balach Towarzystw Rolniczych, karnety miały kształt czterolistnej koniczyny, srebrnej podkowy lub pęku kłosów. Na „balu egipskim” w Krakowie karnet — zwój papirusu — umieszczono w futerale o kształcie obelisku.

Frak i szumiący jedwab

Być wytwornym — to nie luksus i blichtr. Jarosław Iwaszkiewicz uważał Karola Szymanowskiego za najlepiej ubranego mężczyznę w Polsce. Kompozytor ubierał się na szaro lub ciemnogranatowo, nie znosił brązów, lubił niebieskie koszule. Przed samą wojną weszły w modę miękkie koszule do fraka.

Na bale chodziło się właśnie we fraku, na kolacje do restauracji — w smokingu. Strój wytwornego mężczyzny uzupełniały lakierki i — nierzadko — jeszcze cylinder.

„A ile porządnego materiału potrzeba było na suknię. Jedwab, do tego jeszcze podszewka i halka z tafty albo kanausu, szeroka, plisowana, żeby suknia leżała ładnie i żeby szumiała. Trudno w tym było chodzić, no to się jeździło powozami, dorożkami, a potem już automobilami” — wspomina przedwojenna aktorka Lucyna Messal.

Modnie

Hotel Bristol zaliczano do najelegantszych lokali warszawskich. Szczególną sławę zyskała nienaganna organizacja oraz wytworna oprawa bankietów, rautów i wystawnych obiadów.

„Pięknie błyszczą rzęsiste światła odbite w posadzce, lustrach i szkłach zastawy stołowej w Malinowej Sali hotelu” — wspominał sam Felicjan Sławoj-Składkowski.

W konkurencyjnym, odnowionym w latach dwudziestych, Hotelu Europejskim bywała elita towarzyska Warszawy. Ogromna sala balowa, kawiarnia i sala restauracyjna były świadkami wielu balów i przyjęć, z których dochód często przeznaczano na cele charytatywne.

Europejski słynął ze znakomitej kuchni oraz z ekskluzywnych Balów Mody, organizowanych rokrocznie od lat 20. aż do wojny. W 1929 r. tytuł Królowej Mody otrzymała Zula Pogorzelska, ubrana przez Firmę Zimgrydera w „różową z niebieskim krynolinę”, a w 1937 — Nina Andrycz. „Kreacje na Bale Mody przygotowywały najlepsze firmy: suknie — Herse, Zimgryder, Gousin, Myszkorowski, Zuzanna; kapelusze — Ewelina, Henriette, Mieszkowski, Lauer; futra — Apfelbaum, Karmazyn i Chowańczak; buty — Leszczyński, Hiszpański, Struś i Kieliszek; biżuterię — Wabia-Wabiński; męskie fraki i smokingi — Borkowski, Zaremba, Sznajder, Sikorski, Lipszyc; perfumy reklamowały — Guerlain, Coty i Atkinson” — piszą znawcy epoki Maja i Jan Łozińscy.

W 1929 r. kronika karnawałowa magazynu „Teatr i Życie Wytworne” odnotowała przebieg Balu Polskiego Jedwabiu w Europejskim: „Pani Prezydentowa Mościcka, a wraz z nią żony ministrów, występują w toaletach ze stuprocentowego polskiego jedwabiu, nie tylko wytkanego w Polsce, lecz i wyhodowanego w pierwszej polskiej stacji doświadczalnej w Milanówku. Wieziony w tryumfie wjeżdża olbrzymi oprzęd jedwabniczy, wyskakuje z niego zgrabna panna przebrana za motyla i ofiarowuje Pani Prezydentowej, jako protektorce polskiego jedwabnictwa, piękny bukiet kwiatów”.

Stołecznie!

Stolica bawiła się również na balach na rzecz Czerwonego Krzyża w salach Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tańczono w Operze Warszawskiej, Resursie Kupieckiej, Resursie Obywatelskiej, w Szkole Sztuk Pięknych, a także w Kasynie Garnizonowym w alei Szucha.

Kasyno wyróżniało się piękną salą balową, której ściany wyłożono ogromnymi lustrami. Zwracał uwagę imponujący żyrandol, balkon dla orkiestry oraz komfortowy buduar dla pań wyposażony w złocone tremo z marmurowym blatem.

W restauracji Simon i Stecki przy Krakowskim Przedmieściu w drugiej połowie lat 30. otwarto na piętrze wytworną salę bankietową, gdzie urządzano przyjęcia sfer rządowych, wojskowych i ziemiańskich. W menu były świeże ostrygi — specjał dostępny w zaledwie kilku warszawskich lokalach.

W 1929 r. przy ul. Moniuszki założono restaurację i kawiarnię Adria. W podziemiach mieściła salę dansingową z obrotowym parkietem, dla 1500 osób i dwoma barami. Tamże grała słynna orkiestra Golda i Petersburskiego.

Bawili się tu politycy, dyplomaci, pisarze, aktorzy, dziennikarze, zamożni kupcy, przemysłowcy, wyżsi urzędnicy i oficerowie. Właśnie w Adrii narodziła się tradycja balów sylwestrowych. Spędzanie ostatniej nocy w roku poza domem wielu oburzało. Wręcz uznano to za przejaw dzikości i barbarzyństwa, które „najpewniej przyszło do Polski ze Wschodu”.

Przedsiębiorcy bawili się w Bodedze — restauracji-winiarni na Nowym Świecie. Prócz znakomitych włoskich win serwowano dania kuchni włoskiej i francuskiej.

Rypcium-pypcium

XIX-wieczne reduty stały się jaskółkami balów artystów w nowej Polsce. Te weszły w modę około połowy XIX stulecia. Były bardzo lubiane, chociaż niektórzy krzywili się, że „towarzystwo redutowe” nie jest w najlepszym gatunku. Przychodzili: studenci, urzędnicy, modystki, pokojówki, początkujące aktorki. Kobiety z wysokich sfer nie ośmieliłyby się pokazać na reducie nawet w masce, chociaż chciwie słuchały ploteczek o tych awanturniczych zabawach.

Na redutach występowano w kostiumach, często bardzo fantazyjnych. Do legendy przeszedł człowiek przebrany za piec, w którym można było uchylić drzwiczki i zobaczyć gołą pupę dowcipnisia. Pod koniec wieku reduty zaczęły podupadać. Narzekano, że stały się zbyt wulgarne, a za maskami kryją się „złodziejaszki, opilce i kobiety podejrzanej konduity”.

Pomysłowe przebranie było kartą wstępu na międzywojenne bale bohemy. Jeśli pojawiał się ktoś w marynarce lub w smokingu: „marynarkę odwracano podszewką ku górze, gors koszuli i twarz malowano w kolorowe desenie, do włosów wpinano pióra lub inne ozdoby” — i dopiero wpuszczano gościa do równie cudacznego jak on, lokalu.

Bedeker smakosza

O ile w XIX w. bawiono się od 22 do 3 nad ranem, o tyle nowa Polska tańczyła całą noc. Podczas balu kolację podawano zwykle o północy. Na wytwornie nakrytym stole pojawiały się zupy, ciepłe przystawki, ryby, pieczyste z jarzynami, legumina, na deser — sery i owoce. Zimny bufet proponowano na mniej wystawnych imprezach. Na obrusach ustawiano: kanapki, kawior, sałatki, zimne mięsa, galantyny z drobiu, pasztety z dziczyzny, auszpiki, majonezy z ryb, chaud-froid z dziczyzny, torty i owoce.

„W Pińsku u George’a były rozpływające się w ustach kaczki z jabłkami i pachnącym majerankiem, zające z buraczkami i borówkami szpikowane słoninką i sztuka mięsa z ogórkami małosolnymi oraz świeżym chrzanem w śmietanie, tak mocnym, że trzeba było zaraz powąchać chleb, aby nie kichnąć” — wspomina aktor Juliusz Lubicz-Lisowski.

Raczono się winami i szampanem. Nie do pomyślenia było, by na eleganckim przyjęciu pojawiła się wódka. Za to pito ją na skandalizujących balach bohemy. „Zostawcie w domu fraki i szelki, strój byle jaki, a grunt to butelki” — głosił afisz krakowskiej Jamy Michalika.

Najlepszą wódką świata — zdaniem Wiesława Wiernickiego, pisarza i smakosza — była „L’eau de vie de marc”, wprowadzona przez warszawskiego restauratora Jordana. On również wprowadził Starkę SS, która jednak nie była tak dobra, jak legendarna starka braci Karakozowiczów, otrzymywana z okowity, przechowywanej przez kilkanaście lat w dębowych beczkach po winie węgierskim.

Prezydencko

Dziś trudno uwierzyć, ale w pierwszych latach niepodległości urzędników państwowych skromnie wynagradzano, a kwoty na cele reprezentacyjne były symboliczne. Naczelnik państwa Józef Piłsudski na przyjęciach i rautach pojawiał się zwykle na krótko. Prezydent Stanisław Wojciechowski również unikał oficjalnych gali. Urządzał czwartkowe, kameralne spotkania z przedstawicielami świata nauki, sztuki i polityki, a w wiejskiej rezydencji (Spała) polował z dyplomatami. Za Ignacego Mościckiego Spała tętniła życiem, zwłaszcza w karnawale. Na łowy zjeżdżali się dyplomaci, członkowie rządu, generalicja z rodzinami i służbą.

„Po polowaniu w leśniczówce podawano tradycyjny bigos ze starką, a wieczorem w salonach pałacu spalskiego — gala. Panowie we frakach, mundurach galowych, panie w strojach balowych. Posiłek wieczorny według francuskiego zwyczaju nazywano obiadem, nie kolacją. Potrawy, zazwyczaj bardzo wyszukane, podawała służba w liberii” — notuje Henryk Comte, oficer Kompanii Zamkowej.

I choć wolą prezydenta był zakaz korzystania z jakichkolwiek importowanych surowców (by chronić rolnictwo krajowe), smak potraw był wyborny.

Oprócz przyjęć w Spale prezydent Mościcki wydawał zamkowe obiady noworoczne dla korpusu dyplomatycznego. Służba występowała w liberiach z czasów Stanisława Augusta.

Zakopane, jazz i brydż

W stolicy Tatr bawiono się na dansingach w hotelu Morskie Oko na Krupówkach, w Bristolu, Watrze i u Trzaski, gdzie „przeraźliwy jazzband podnieca stłoczone pośrodku sali tańczące pary”. W Morskim Oku po raz pierwszy wykonano tango Zygmunta Karasińskiego „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem?” — przebój w 1939 roku.

Jedni tańczyli, inni — grali w modnego wówczas brydża. Nawet na balach w zacisznej salce były przygotowane stoliki do kart.

Zygmunt Leśnodorski wspomina bal u Trzaski: „Na dole huczał jazz. Na górze przy dwu szeregach kanciastych stolików zasiadały każdego popołudnia i wieczoru pracowite czwórki bridżistów. W monotonny szmer przerzucanych kart i stereotypowe pomruki odzywek mieszały się chwilami stłumione pobekiwania saksofonu, łzawe jęki skrzypiec i tępy turkot fortepianu”.

Dansingi odbywały się także w otwartej pod koniec lat 30. restauracji na Kasprowym Wierchu. Lokal słynął z przednich gatunków wódek, win, likierów i koniaków najlepszych światowych marek.

Zimowy sezon balowy wieńczył rokrocznie bal prasy w sali pensjonatu Bristol; przyjeżdżały tłumy ludzi z Krakowa.

Lambeth-walk i kara boża

Magdalena Samozwaniec przypomniała szumny bal prasy z początku 1939 roku: „Modnym tańcem był wówczas lambeth-walk, którego cechą było figlarne wzajemne wygrażanie sobie palcem przez tańczących. Nikt się nie domyślał, że to kiwanie palcem było jak gdyby ostrzeżeniem, że nadchodzi to, co dewotki nazywały >karą bożą<”.

31 grudnia 1939 roku w niektórych restauracjach odbył się sylwester. Adria zapraszała gości już na godzinę 14, bo o 19 bal musiał się zakończyć. Imprezy te cieszyły się powodzeniem — na ogół — wśród wojennych dorobkiewiczów i osób z wątpliwą moralnością. „Obecność na takim sylwestrze była nie na miejscu” — komentuje Wiesław Wiernicki.

Przed wojną skończyła się epoka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Machowska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Wyrwaniec hayduk zawieruszka