W jedynym na wyspie Lanai kościele otoczony gromadką dzieci ksiądz intonuje modlitwę: „Ojcze Niebieski, błogosław pana Ellissona, wszystkich ludzi, którzy z nim pracują, i spraw, by jego plany i intencje się ziściły”. To autentyczna scena z montowanego właśnie reportażu Henry’ego Jolicoeu’a, kanadyjskiego filmowca amatora, który przyjechał na „ananasową wyspę” (kiedyś rosły na niej ananasowe plantacje), by osobiście sprawdzić, po co miliarderowi taka nieruchomość.

Niespecjalnie prestiżowa, niewielka (zaledwie 29 km długości w najdłuższym odcinku), słabo zurbanizowana (jedno miasto) i słabo zamieszkana (3 tys. mieszkańców). Potentat Krzemowej Doliny kupił ją za 300 mln USD w czerwcu 2012 r. i niemal od razu zyskał sympatię autochtonów. W ciągu trzech tygodni pobytu wśród nich filmowiec Henry Jolicoeur nie usłyszał ani jednej negatywnej opinii, tylko zgodny chór pochwał i podziękowań dla nowego właściciela ich ojczyzny.
Lanai przez lata była ananasowym zagłębiem koncernu Dole, który traktował ją jako dobro firmowe. Gdy jednak ananasowa hossa zaczęła się kończyć wraz z końcem XX w., David Murdock, nowy właściciel Dole’a, postanowił przekształcić wyspę w turystyczny kurort. Rocznie pompował weń 20-30 mln USD, próbując zamienić dotychczasowe uprawy w pola golfowe, a nieużytki w hotele z basenami. Ale chyba źle się do tego zabierał, bo w końcu się poddał i zarówno mieszkańcy, jak i miejscowe dobra zaczęły podupadać.
Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem epoki Larry’ego Ellisona, który — jak zauważa Jon Mooallem, autor reportażu w „New York Times’ie” — próbuje stosować na miejscowym gruncie wartości z Doliny Krzemowej. W ciągu czterech miesięcy od zakupu wyspy bezrobocie wśród mieszkańców spadło do 1,2 proc., na ulicach pojawiły się luksusowe samochody i nowi mieszkańcy, dzieci dostały nowe boisko do piłki i system stypendiów, a dorośli — system wsparcia dla uruchamiania własnych biznesów.
Larry Ellison zarządza wszystkim poprzez powołaną specjalnie dla tej wyspy spółkę Pulama Lanai, która ma wprowadzić w życie jego plan dla tego miejsca. A plan jest prosty — zamienić hawajski ląd w „innowacyjny, samowystarczalny finansowo ekoraj na miarę XXI w.”, ze zrównoważonym rolnictwem, elektrycznymi samochodami i energią odnawialną.
97 proc. obszaru wyspy to całkiem sporo, ale nadal to jedynie kropla w morzu majątku tego siódmego dziś pod względem bogactwa człowieka świata.
Według wycenianego na bieżąco rankingu Bloomberga, Larry Ellison ma dziś 43,1 mld USD, z czego część ulokowaną w mnóstwie samochodów, łodzi, nieruchomości, japońskich antyków, własnym turnieju tenisowym i pucharowej drużynie żeglarskiej.
Pracownicy schroniska dla zwierząt na wyspie dorzucają do inwentarza jeszcze 380 zdziczałych, domowych kotów, których populacja na Lanai drastycznie wzrosła, odkąd wyspę przejął założyciel Oracle’a.
Według „New York Timesa”, jedyne, czego teraz boją się mieszkańcy, to szybka i gwałtowna śmierć pana Ellisona. O którą może być nietrudno, bo mimo swoich 70 wiosen miliarder ciągle uwielbia rozrywki ekstremalne. Wśród miejscowych krąży już plotka, jakoby niedawno latał prywatnym odrzutowcem nad Golden Gate Bridge.
