Rok 2015 r. ma szanse być rekordowy pod względem wezwań. Od stycznia na warszawskiej giełdzie ogłoszono ich 24. To najwięcej od 2010 r.— wówczas wezwań było 25. Zdaniem ekspertów, nasilający się w ostatnich miesiącach trend to nie jest jednak polski fenomen, lecz zjawisko globalne.

— Rok 2015 będzie najlepszym od 2007 r. okresem dla fuzji i przejęć. Dlatego pojawiają się od dłuższego czasu głosy, że na tym rynku mamy już do czynienia z klasyczną bańką spekulacyjną. Tym bardziej że średnia premia płacona przy okazji przejęć w stosunku do ceny sprzed wezwania wynosi od 30 proc. w przypadku Europy po 40 proc. w przypadku USA. Podobne mechanizmy stoją zresztą za innym fenomenem giełdowym, widocznym głównie w USA, czyli rekordową wielkością skupu własnych akcji, finansowanych tanim kredytem — wyjaśnia Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji w Investors TFI.
Jest gotówka, to kupuję
Eksperci nie mają wątpliwości, że wysyp wezwań to efekt dostępu do taniego finansowania, który jest pochodną niskich stóp procentowych. Wzrosły też zapasy gotówki, a rynek stał się bardziej konkurencyjny, co ogranicza możliwości organicznego wzrostu i wymusza realizację skokowej poprawy wyników poprzez przejęcia.
— Mniejsze znaczenie ma bieżąca sytuacja, perspektywy w gospodarkach czy poszczególnych sektorach. Po kilku latach hossy na rynku w USA czy na wybranych rynkach Europy Zachodniej nie można mówić też o okazyjnych cenach — uważa Jarosław Niedzielewski.
Jarosław Lis, dyrektor biura portfeli akcyjnych w BPH TFI, przypomina, że piętnaście lat temu polskie firmy miały dwa razy więcej długów niż depozytów. Dziś posiadają o 50 proc. więcej depozytów w relacji do kredytów. Taka poduszka pozwala na realne myślenie o przejęciu.
— Na wielu rynkach elity gospodarcze zapomniały już o kryzysie i zaufanie do gospodarek zwiększa apetyt na ryzyko, w tym na fuzje i przejęcia. U nas ten trend pojawia się z pewnym opóźnieniem, ale również jest zauważalny — dodaje Jarosław Lis.
Bilans zysków i strat
Jarosław Niedzielewski uważa, że ograniczenie w ostatnich latach napływu na giełdę pieniędzy pochodzących z OFE przyczyniło się do zmniejszenia atrakcyjności wchodzenia firm na warszawski parkiet oraz podważyło nieco sens pozostawania na giełdzie. Biorąc pod uwagę niską płynność krajowego parkietu, umożliwienie dotychczasowym inwestorom wyjścia z inwestycji można uznać za bardzo pozytywny skutek wezwań. Drugą stroną medalu jest jednak zmniejszenie spektrum inwestycyjnego.
— Nic złego się nie stanie, jeśli na GPW będzie mniej banków. Gorzej, gdy z rynku znikają reprezentanci ciekawych sektorów, czy liderzy branż. To burzy rolę giełdy jako barometru gospodarki — uważa Jarosław Niedzielewski. Wtóruje mu Michał Rabiej, zarządzający funduszem Macro FIZ, który ostrzega, że w dłuższej perspektywie, jeżeli zjawisko miałoby się nasilać, może to ograniczyć atrakcyjność rynku kapitałowego w Polsce. — Na szczęście cały czas pojawiają się również nowe, ciekawe podmioty, takie jak Wirtualna Polska, Uniwheels czy PEM — wylicza Michał Rabiej.
Cena gra rolę
We wtorek Grupo Industrial Saltillo, meksykański inwestor z branży motoryzacyjnej, ogłosił wezwanie na 100 proc. akcji Automotive Components Europe (ACE), zajmującej się produkcją części samochodowych. W akcjonariacie spółki dominują fundusze emerytalne, które kontrolują prawie połowę głosów na WZA i to od nich przede wszystkich zależeć będzie powodzenie wezwania. Pewne jest, że nie oddadzą walorów za bezcen.
— Notowania spółki wystrzeliły o 9 proc., a cena akcji przekroczyła tę z wezwania, co jest jasnym sygnałem, że inwestorzy oczekują lepszej oferty — mówi Ewa Radkowska-Świętoń, wiceprezes Nationale-Nederlanden PTE. I to właśnie możliwość osiągnięcia lepszej ceny niż rynkowa jest największym pozytywnym skutkiem pojawiających się na giełdzie wezwań.
— Każdy inwestor po swojemu szacuje wartość swoich inwestycji. W przypadkudość płynnych spółek, gdyby zarządzający chciał sprzedać akcje po cenie rynkowej, to by to zrobił niezależnie od wezwania — żeby zachęcić do odpowiedzenia na wezwanie, zwykle potrzebna jest przynajmniej kilkunastoprocentowa premia. W przypadku małych spółek, gdzie obroty są niskie, rynkowa cena akcji może mieć małe znaczenie — uważa Adam Łukojć, zarządzający ze Skarbca TFI.
Kto na celowniku
Zarządzający funduszami jak z rękawa sypali nazwami spółek, które w najbliższej przyszłości mogą się stać celem przejęcia. Jarosław Lis uważa, że naturalnymi kandydatami na wezwanie są spółki z dużym udziałem OFE, które — jak pokazał przykład Bogdanki — dużo łatwiej podejmują decyzję o sprzedaży akcji, szczególnie tych mniej płynnych.
— W indeksie sWIG80 znajdziemy przynajmniej kilku reprezentantów, których struktura właścicielska w przyszłości może ulec istotnym zmianom. Można wskazać na Robyg, banki BOŚ oraz BPH, Midas czy Duon. Choć nie w każdym z wymienionych przypadków inwestorzy finansowi mają dominującą pozycję, to bez ich zgody wezwanie na 100 proc. akcji miałoby ograniczone szanse powodzenia — wylicza Michał Rabiej. Adam Łukojć wymienia Work Service, LiveChat i ATM, a Seweryn Masalski z MM Prime TFI uważa, że kolejne możliwe cele wezwania to np. AB.
— Zagraniczna konkurencja chciałaby zdobyć udziały w rynku polskim, a wycena krajowych dystrybutorów IT ostatnio stała się bardziej atrakcyjna. Na celowniku może być też Elektrobudowa ze względu na potencjał polskiego rynku budownictwa energetycznego w najbliższych, a także Magellan lub Polnord — wymienia Seweryn Masalski.
30 proc. Taka jest średnia premia, płacona w Europie przy okazji przejęcia.
30 proc. Taka jest średnia premia, płacona w Europie przy okazji przejęcia.