Z dużych nadziei niewiele konkretów

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-06-16 20:00

Światowy szczyt pokojowy w szwajcarskim ekskluzywnym kurorcie Bürgenstock był imprezą równie szczytną teoretycznie, co miałką decyzyjnie.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Zainicjowany został przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, zaś neutralną lokalizację chętnie udostępniła Viola Amherd, szwajcarska prezydentka federalna. Prezydent Ukrainy od dwóch lat robi wszystko, aby większość państw świata bez wątpliwości uznawała Rosję za agresora popełniającego zbrodnie wojenne na ludności cywilnej. Udaje mu się to jednak tylko połowicznie, o czym świadczą wyniki głosowań nad rezolucjami Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wojna napastnicza Rosji z Ukrainą oceniana jest jednoznaczne tylko przez Zachód, rozumiany nie dosłownie geograficznie, lecz politycznie, z udziałem m.in. Japonii i Australii. Notabene nawet w zwartym bloku terytorialnym w Europie następują wyłomy. W odróżnieniu od generalnej linii Unii Europejskiej czy NATO perspektywę osiągnięcia przez Ukrainę i Rosję chociażby zawieszenia broni, nie mówiąc już o pokoju, zdecydowanie inaczej widzą tak rusofilskie państwa członkowskie jak Słowacja czy Bułgaria, a pod rządami Viktora Orbána – także Węgry. W tym kontekście trudno się dziwić, że państwa Afryki – gdzie spośród graczy globalnych całkowicie dominują Chiny, wspomagane politycznie przez Rosję – postrzegają wojnę w Ukrainie jako dwuznaczny co do przyczyn zatarg graniczny w rodzinie dawnego Związku Radzieckiego.

Szwajcarski szczyt zgromadził setkę państw i organizacji, w tym około 60 prezydentów i premierów. Jego konkluzje dość sensownie pominęły równie perspektywiczne, co abstrakcyjne wątki strategiczne, koncentrując się bieżących. Bodaj najważniejszy stał się temat zabezpieczenia pod kontrolą Ukrainy instalacji atomowych, w tym zagarniętej przez Rosję największej na naszym kontynencie Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej. Inne punkty to nieprzerwane dostawy żywności, a także uwolnienie jeńców – w domyśle przez obie strony – oraz porwanych przez Rosję ukraińskich dzieci. Ogólne przesłanie konkluzji jest równie wzniosłe, co naiwne: „Przeprowadziliśmy owocną, kompleksową i konstruktywną wymianę poglądów na temat dróg prowadzących do pełnego, sprawiedliwego i trwałego pokoju, opartego na prawie międzynarodowym, w tym na Karcie Narodów Zjednoczonych. Potwierdzamy zobowiązanie do powstrzymania się od groźby lub użycia siły przeciwko integralności terytorialnej lub niezależności politycznej jakiegokolwiek państwa, zasad suwerenności, niezależności i integralności terytorialnej wszystkich państw, w tym Ukrainy, w ich międzynarodowo uznanych granicach, w tym na wodach terytorialnych, oraz rozwiązywania sporów środkami pokojowymi jako zasadę prawa międzynarodowego”.

Co na ten idealizm Władimir Putin, głowa państwa będącego stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ? Już sama okoliczność, że globalna potęga z przyznanym takim statusem wywołuje i prowadzi wojnę napastniczą, jest absurdem wysadzającym fundamenty światowego porządku oraz negującym sens istnienia ONZ. Z kronikarskiego obowiązku przypomnę jednak, że to nie pierwszy taki przypadek po drugiej wojnie światowej – z punktu widzenia prawa międzynarodowego absolutnie niczym nie różnił się napad USA na Wietnam. Była to istotna różnica wobec przyczyny wcześniejszej wojny w Korei, mającej podstawę w rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Władimir Putin oczywiście nie został zaproszony do Bürgenstock. Przed otwarciem szczytu zakpił sobie z wrażej wobec Kremla inicjatywy Zachodu, potwierdzając enty raz zaporowe warunki pokoju: oficjalne oddanie przez Ukrainę czterech zagarniętych przez Rosję obwodów (o Krymie już nawet nie wspomina, jego rosyjskość to oczywista oczywistość nie tylko dla samego cara, lecz dla 99 proc. Rosjan) oraz zobowiązanie Ukrainy (zapewne konstytucyjne) do niewstępowania do NATO. Tym samym potwierdził, że w wyobrażalnym horyzoncie czasowym w ogóle nie ma mowy o choćby trwałym rozejmie.