Z dystansem

Kamil Kosiński
26-05-2006, 00:00

W 44. roku życia Sławomir Lachowski, prezes BRE Banku, po raz pierwszy przebiegł maraton. Termin „w biegu” dla grona menedżerów przestaje być tylko synonimem intensywnej pracy.

W 2002 r. wrócił podekscytowany wejściem na Mont Blanc, ostatniego możliwego dnia zarejestrował się jako uczestnik — i wystartował w Maratonie Warszawskim. Za młodu trenował piłkę ręczną i sprinty, potem też starał się prowadzić aktywny tryb życia, ale...

— Całe życie marzyłem, by przebiec ten dystans, bo wydawało mi się to przedsięwzięciem dla herosów. Przecież pierwszy maratończyk wyzionął ducha... — wspomina Sławomir Lachowski, prezes (wtedy wiceprezes) BRE Banku, który na rynku detalicznym posługuje się — co nie bez znaczenia dla maratonu — markami mBank i Multibank.

Ponad 4,5 godziny. Tyle potrwało, zanim przekroczył metę. Ale tamten Maraton Warszawski był wyjątkowo trudny. Biegacze przemierzali kilkanaście razy trasę wokół parku Saskiego, placu Piłsudskiego i Teatru Wielkiego. Początek: dopiero o 17.00. Szybko zapadł zmierzch. Temperatura? Jakieś 6 st. C.

I pod względem towarzyskim było to niezwykłe przeżycie.

— Zauważył mnie jeden ze współpracowników. Widz. Zdjęcia, które wtedy zrobił, pokazał mi jednak dopiero po roku czy dwóch — wspomina Sławomir Lachowski.

Wśród kibiców znalazł się też jego kolega ze studiów. Nie widział go od 20 lat.

— Pojechał do domu, przebrał się, wmieszał w grupę biegaczy i przemierzył ze mną dwa okrążenia. Na ostatnim zszedł z trasy, mówiąc: „Tradycja maratońska nakazuje, byś do mety dobiegł sam i poczuł na czym polega samotność maratończyka” — opowiada prezes BRE Banku.

Po biegu był półprzytomny. Po kilku dniach doszedł do wniosku, że maratony winny sprawiać satysfakcję, a nie tylko ból. Zaczął systematycznie trenować.

W 2003 r. w Berlinie poprawił wynik o pół godziny. W Nowym Jorku pobiegł jeszcze szybciej. Klasyczną trasę maratonu do Aten przemierzył dwa dni po tym, jak został prezesem. Dwa lata po pierwszym maratonie bank, w którego zarządzie zasiada, zaczął organizować w Łodzi mBank Maraton.

— Gdybyśmy zbudowali jacht dla prezesa i jeszcze kilku osób — mogłoby to być dwuznaczne... Ale to impreza masowa, inwestycja w markę, której klientami są ludzie aktywni zawodowo i fizycznie. No i robimy coś dla lokalnej społeczności — tłumaczy Sławomir Lachowski.

Dodaje, że grupa ING jest sponsorem biegu w Nowym Jorku.

20 kilogramów

14 maja 2006 r. doszło do trzeciej edycji mBank Maratonu. Ukończyło go 265 osob, a półmaraton — 255. Za największy maraton w Polsce uchodzi bieg w Poznaniu: w 2005 r. do mety dotarło niespełna 2,1 tys. zawodników (według niemieckiego czasopisma „Spiridon”, pod tym względem jest to dopiero 46. impreza w Europie). Właśnie aby wyciągnąć ludzi z foteli, mBank Maraton obudowano półmaratonem i biegami na 10 i 2,5 km.

Podobna idea przyświecała biegowi Run Warsaw (druga edycja 1 października 2006 r. w Warszawie).

— Imprezy tego typu robi się, by sprzedać produkt. Ale nam — na razie — chodzi o to, aby ludzie po prostu zaczęli się ruszać. Kiedy już zaczną się ruszać, prędzej czy później trafią do sklepu i kupią buty — zaznacza Krzysztof Odliwański, menedżer ds. marketingu sportowego w Nike Poland.

W zainicjowanej przez amerykański koncern rywalizacji wzięło udział 9,1 tys. osób (w tym startujące na wabia VIP-y). To było zaledwie 5 km, ale ustanowiono rekord frekwencji w imprezie biegowej w Polsce.

Z e-maili nadesłanych do organizatora przed i po biegu: „Pomysł biegu ulicami Warszawy był rewelacyjny! To chyba jedyna okazja, by pobiegać Marszałkowską czy Alejami Jerozolimskimi, na co dzień zakorkowanymi na całej długości. Najbardziej podobała mi się chwila, gdy minąłem Roberta Korzeniowskiego; miło było być przed nim na mecie”.

„Run Warsaw to świetna sprawa... Popieram każdą ideę propagującą sportowy tryb życia, dlatego zdecydowałem się wziąć udział w biegu... Nie interesuje mnie zwycięstwo (...), bo dla mnie, chorego na astmę sam udział i, daj Boże, ukończenie tego biegu, będą sukcesem”.

„Nawet 110-kilogramowy facet, jak ja, mógł to przebiec. Może, biegając z wami, spadnę na wadze poniżej 100 kg? To dla nas tych bardziej przy tuszy dobry przepis na odchudzanie. Tak trzymać dalej!! Biegajmy, będziemy zdrowsi!!!”.

Właśnie zbędne kilogramy pchnęły do biegów Dariusza Smagorowicza (współzałożyciela i wiceprezesa Pronox Technology, dystrybutora podzespołów komputerowych o przychodach rzędu 400 mln zł). Był rok 2003. Do dziś stracił 20 kg.

— Po 35. roku życia, nawet jeśli ma się ambitne plany zawodowe, to zaniedbany organizm nie pozwala na ich realizację — zaznacza Dariusz Smagorowicz.

Nie uczestniczył w Run Warsaw. Bo tego samego dnia przemierzał ulice Katowic w półmaratonie (Pronox był jednym ze sponsorów). W listopadzie 2005 r. przebiegł olimpijską trasę w Atenach. A pierwszy start w tego typu imprezie odnotował zaledwie wiosną 2005 r. (Maraton Wrocławski, czas: 3 godziny 59 minut 46 sekund).

— Liczy się, że dotarłem do mety. Rezultat nie był najważniejszy, ale cieszę się, że udało mi się zejść poniżej czterech godzin — mówi Dariusz Smagorowicz.

Czasy zwycięzców są przynajmniej o 1,5 godziny lepsze.

— Gdy w Berlinie mijałem półmetek, zwycięzca ustanawiał rekord świata! — dodaje Sławomir Lachowski.

Po zdrowie

W największych maratonach zwycięzcy dostają kosztowne nagrody. W Polsce — symboliczne kilka tysięcy złotych. Ale i na Zachodzie tysiące biegają jedynie dla satysfakcji. Wychodząc z tego założenia, w Run Warsaw nagród dla zwycięzców nie przewidziano.

Z e-maili do Nike:

„Stracicie dużą część doskonałych biegaczy z powodu braku nagrody (...) w tym momencie wolę kontynuować indywidualnie bieganie niż bujać się po śmierdzącym mieście. Na pewno będę bardziej zadowolony z tego biegu w zdrowym klimacie niż biegu w smrodzie po nic”.

„Ktoś tu wspomniał, że skoro nie ma nagród, to nie ma po co biec. Nieprawda!! Przecież każdy z nas robi to dla własnej satysfakcji!! Gdyby wszyscy myśleli w kategorii nagród to nie uzbierałoby się te 10 000 osób!!”

W wakacje 2004 r. firma Nike zaczęła organizować Biegi Śniadaniowe. W 2005 r. dotarły już one do Łeby, Krynicy Morskiej, Ustki, Mielna, Rewalu, Pogorzelicy, Pustkowia, Niechorza, Międzyzdrojów i Pobierowa. Każdy bieg rozpoczynała wspólna poranna rozgrzewka, a potem — w rekreacyjnym tempie — przemierzano dystans 3-5 km. Zgodnie z nazwą cyklu wszyscy po biegu zawodnicy mogli posilić się specjalnie na tę okazje przygotowanym posiłkiem. W tym roku cykl będzie kontynuowany.

— Chcemy zachęcić ludzi do biegania, pokazać, że 5 km to dystans, którego nie trzeba się bać. Każdy może go przebiec bez specjalnego przygotowania — mówi Krzysztof Odliwański.

Przed Run Warsaw ofertę zajęć rekreacyjnych proponowanych przez Nike wzbogaciły tzw. ścieżki biegowe: trasy w parkach miejskich. O wyznaczonych porach — z reguły dwa razy w tygodniu — można tam uczestniczyć w treningach, prowadzonych przez fachowców.

— Niektórzy potrzebują, aby ich uczyć biegać... Wiele osób ostatni raz biegało w szkole. I to na czas. Jedni byli lepsi, inni gorsi — i się zrażali. Wskazujemy, że czas nie jest najważniejszy, a bieganie to po prostu fajna sprawa — dodaje Krzysztof Odliwański.

Tego samego zdania jest szef BRE Banku.

— Maraton biega się ze sobą i przeciw sobie. Czas i miejsce liczą się jedynie dla wąskiej grupy zawodowców — podkreśla.

Przykład z góry

W 2005 r. firma Nike wraz z lokalnymi ośrodkami sportu i rekreacji wytyczyła osiem ścieżek w Warszawie i po jednej w Szczecinie, Poznaniu i Wrocławiu. W pierwszych zajęciach na ośmiu stołecznych ścieżkach uczestniczyło 40 osób. W trzecich — już 140. W 2006 r. ścieżek jest już 22. Poza wymienionymi już miastami zorganizowano je w Łodzi i Krakowie.

Z korespondencji do Nike:

„Dawno nie biegałam, zachęciły mnie Wasze plakaty, zapisałam się. Przez miesiąc trenowałam. Na pierwszym treningu przebiegnięcie 1 km bez odpoczynku wydawało mi się K2! Po miesiącu 5 km biegałam spokojniutko i miałam cholerną satysfakcję! Dziękuję za nią i za możliwość fajnego spędzania czasu na treningach, poznania wielu sympatycznych zapaleńców biegania”.

Ale nie każdy jednak lubi zorganizowane grupy.

— Staram się biegać trzy razy w tygodniu przez jedną godzinę. Czasami dłużej — zapewnia Sławomir Kosz, prezes Macrosoftu, spółki informatycznej o przychodach rzędu 20 mln zł.

Do biegania wciągnęła go Patrycja Ptaszek-Strączyńska, członkini zarządu. Zresztą i Paweł Bondar, poprzedni prezes Macrosoftu, teraz pracownik IBM, miał podobne hobby.

W pierwszym półmaratonie wspieranym przez Pronox Technology wystartowało trzech pracowników firmy. W tegorocznej edycji ma być ich już sześciu.

I w BRE Banku pasja prezesa znalazła naśladowców. Powstał nawet wewnętrzny klub sportowy o nazwie BRE Runners. Kilku bankowców wzięło udział w mBank Maratonie. Kilkunastu — w towarzyszącym mu półmaratonie. Prezes banku nie uważa, że to przejaw lizusostwa, w myśl którego warto mieć to samo hobby, co szef.

— No nie, „koniunkturalnie” nie da się przebiec maratonu... To taki wysiłek, że z podobną motywacją po prostu się nie uda — zaznacza Sławomir Lachowski.

Pięty i sutki

Z e-maili do Nike:

„Trenowałem cały miesiąc i osiągnąłem czas około 22 min. Zaraziłem się bieganiem. Teraz biegam od 3 do 8 km dwa razy w tygodniu. Mam 44 lata i ważę 92 kg. Byłem czynnym sportowcem i moje kolana odczuwają ten wysiłek. Biegam w butach do tenisa. Co robić, żeby zmniejszyć obciążenie kolan, bo z biegania nie zrezygnuję? Mam też pękniętą łękotkę, przechodziłem krioterapię itp. Używam obuwia (bardzo dobrej jakości), w którym gram w tenisa”.

Ważne jest jeszcze, by ludzie kupowali obuwie przystosowane do dyscypliny, kształtu stóp i nawierzchni. Buty mają naprawdę duże znaczenie. Reszta jest — w mniejszym lub większym stopniu — gadżetem.

— Szczególnie jeśli ktoś zaczyna uprawiać sport po 35. roku życia, mając wcześniej dekadę przerwy, nieprzykładanie uwagi do sprzętu może bardzo szybko doprowadzić do kontuzji. Jeśli ktoś biega raz w tygodniu 3-5 km, to nie należy przesadzać z inwestycjami w sprzęt. Ale kiedy pięć razy w tygodniu niezależnie od warunków pogodowych — no, to winien zadbać i o odpowiednie obuwie, i o „oddychający” strój — radzi Dariusz Smagorowicz.

Ów ubiór też może przysporzyć problemów, jeśli się nie do końca wie, jak go używać. Po opłaceniu 20 zł wpisowego uczestnicy Run Warsaw dostawali m.in. koszulkę z tkaniny Dri-FIT. Po biegu nie wszyscy byli nią zachwyceni.

Z e-maili do Nike:

„Jest tylko małe „ale” (...) o… koszulkach. Nie wiem, czy inne osoby miały podobny problem, ale wśród moich znajomych 3 osoby miały identyczne problemy po dotarciu do mety — mieli tak zdarte do krwi sutki, że do dzisiaj chodzą z ochronnymi plastrami. Nie wiem, z jakiego były materiału, ale strasznie podrażniały skórę — a takiego efektu nie miałem w żadnej innej koszulce dla biegaczy”.

No i problem...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Z dystansem