Kolejne artykuły spożywcze próbują przyciągnąć do siebie konsumenta wykluczeniem modyfikacji genetycznych z procesu produkcji (piszemy o tym na str. 6-7). We Francji rynek ten jest na tyle duży, że rok temu władze wprowadziły przepisy regulujące znakowanie takich produktów.

W Polsce temat ten nie trafił jeszcze do ław poselskich. Zdaniem Andrzeja Gantnera, dyrektora generalnego Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ), używanie oznakowania „bez GMO” może być dla producentów ryzykowne. Pułapka tkwi w rozróżnieniu produktu bez GMO od procesu produkcji bez użycia GMO.
— W przypadku mięsa czy jaj, nawet gdy zwierzęta były karmione paszą złożoną wyłącznie z modyfikowanych genetycznie składników, to i tak produkty te nie będą zawierały GMO — mówi Andrzej Gantner. Według dyrektora generalnego PFPŻ, oznaczenie ich jako „niezawierających GMO” wprowadza konsumenta w błąd.
W przypadku mięsa czy jaj, nawet gdy zwierzęta były karmione paszą złożoną wyłącznie z modyfikowanych genetycznie składników, to i tak produkty te nie będą zawierały GMO.
— Zgodnie z prawem nie można sugerować, że produkt posiada jakąś specyficzną cechę, jeżeli jest to cecha wszystkich produktów — dodaje Andrzej Gantner.
Dodatkowo przepisy unijne dopuszczają zawartość GMO w ilości 0,9 proc. bez konieczności znakowania produktów jako „zawierają GMO”, co wynika z realiów dostaw.
— W przypadku żywności produkowanej bez użycia genetycznych modyfikacji korzyść dla konsumenta nie wynika natomiast z samego produktu, ale z procesu produkcji.Producenci, którzy chcą używać takiego oświadczenia dotyczącego braku GMO w procesie produkcji, powinni zadbać o to, żeby nie wprowadzało ono konsumentów w błąd, sugerując, że to produkt posiada specyficzne właściwości — dodaje Andrzej Gantner.
Jego zdaniem, ryzyko producentów tkwi w tym, że sukcesywniezwiększa się poziom tzw. zanieczyszczenia technicznego pasz bez GMO materiałem GMO.
— Przy tak olbrzymich ilościach pasz, jakie znajdują się w obrocie, zanieczyszczenie może nastąpić w wielu punktach, np. w przechowywaniu, transporcie czy nawet konfekcjonowaniu. Jeżeli podczas kontroli właściwiej inspekcji zostanie stwierdzona obecność GMO, to nawet pomimo posiadania stosownych certyfikatów dla stosowanych pasz, producent może zostać oskarżony o fałszowanie produktu i wprowadzanie konsumentów w błąd — twierdzi Andrzej Gantner.
Kolejna pułapka to, jak wskazuje dyrektor generalny PFPŻ, slogany reklamowe tego typu produktów.
— W świetle ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, za czyn nieuczciwej konkurencji uznaje się reklamę odwołującą się do uczuć klientów przez wywoływanie lęku i wykorzystywanie przesądów. Reklama artykułów, które powstały bez użycia GMO, nie mogą straszyć klienta modyfikacjami genetycznymi, zwłaszcza że pasze GMO są legalnie dopuszczone do użycia na terenie Polski i Unii Europejskiej — dodaje Andrzej Gantner.