Z kolan do kin

Wojciech Surmacz
16-02-2007, 00:00

„Strajk — bohaterka Gdańska”, czyli Völker Schlöndorf o Annie Walentynowicz — za milion dolarów. W poniedziałek premiera. Będzie dym?

„Puls Biznesu”: Sprzedał się pan za miskę soczewicy, fałszując polską historię?

Maciej Ślesicki: Trudno prowadzić polemikę z takimi opiniami.

To nie opinia, tylko pytanie. Mniej więcej takie zadała panu Anna Walentynowicz w specjalnym liście zniechęcającym do nawiązania współpracy z wytwórnią filmową Jürgena Haase — Provobis.

Nie będę się spierał z bohaterami tamtych czasów. Mam do nich duży szacunek i nie chcę nikogo urazić.

Nie miał przecież takiego zamiaru także Völker Schlön- dorf, kręcąc film na motywach biografii Anny Walentynowicz. To chyba oczywiste?

Dlatego nie chcę się licytować na miski soczewicy, worki grochu czy inne barwne porównania. Uważam, że to nie ma sensu. Powiem krótko: ten film to pomnik wybudowany Solidarności — wszystkim Polakom, którzy zmieniali ustrój i walczyli z komunizmem.

To pan powiedział, że Schlön dorf zrobił „Strajk” na kolanach?

Tak jest. Może nawet przesadził, bo w jego bohaterach nie ma najmniejszej rysy. Są idealni.

Nie czuje się pan trochę między młotem a kowadłem?

Zależy o czym mówimy? Ciągle o soczewicy?

Nawet Lech Wałęsa nie przyszedł na pokaz przedpremierowy. Zdystansował się do sprawy, lakonicznie komentując: „Cieszę się, że ludzie o różnych punktach widzenia opowiadają o polskich dokonaniach”.

Jeszcze raz powtarzam: mam bardzo duży szacunek do bohaterów tamtych czasów. Przecież to tylko film.

W poniedziałek oficjalna premiera. Będzie dym?

Nie sądzę.

Anna Walentynowicz dopiero po wielu namowach dała się przekonać i w końcu obejrzała.

Tak. Zaprosiła też przyjaciół.

Andrzej Gwiazda najpierw ostro krytykował, a po seansie powiedział: „Film robi wrażenie. To kompromis między prawdą a obowiązującą wersją polityczną tamtych wydarzeń i to trzeba mu oddać na korzyść”.

Dlatego nie sądzę, żeby było jakieś zamieszanie. Chociaż z punktu widzenia człowieka, który ma ten film sprzedać, skandal by się przydał. A tak poważnie: artysta tej miary co Schlöndorf ma prawo opowiedzieć własną, opartą na faktach sprzed prawie 30 lat historię, a film powinni oceniać widzowie. W tej chwili na świecie triumfy święci film „Królowa”, opowiadający o wciąż panującej brytyjskiej monarchini. Wyobraża pan sobie, że u nas ktoś nakręci film o obecnym albo poprzednim prezydencie? Przecież to niemożliwe. Kto się odważy? Ten przykład wskazuje na paranoję, w jakiej żyjemy i stan naszych umysłów tkwiących głęboko w czasach cenzury i komunizmu. Tutaj wszystko jest polityczne, nawet film. Inna sprawa, że jako naród nie potrafimy doceniać tego, cośmy osiągnęli, umiemy tylko narzekać. Bo oto pojawia się artysta spoza Polski i mówi: „Jesteście bohaterami, obaliliście komunizm”. A bohaterowie na to: „To nie było tak i nie wszystko się udało”.

Odnoszę wrażenie, że w całym zamieszaniu chodzi o pieniądze. Serwis Stopklatka.pl podał, że Anna Walentynowicz chciała milion dolarów za prawa do scenariusza. Nie dostała od Niemców ani centa?

Wszelkie negocjacje w sprawie scenariusza toczyły się, zanim Paisa stała się koproducentem tego projektu. Co się działo wcześniej? Nie mam zielonego pojęcia. Ale nigdy nie słyszałem, żeby pani Anna Walentynowicz żądała pieniędzy Völkera Schlöndorfa.

Paisa Films powstała na potrzeby „Strajku”?

Nie. To się zbiegło w czasie. Założyliśmy Paisa Films z Jolantą Rojek i od razu trafił nam się Völker ze swoją produkcją. Bardzo się cieszę, że mogliśmy zacząć działalność od międzynarodowej koprodukcji z jednym z mistrzów kina.

Wcześniej tę współpracę — z pobudek politycznych — odrzucali kolejno: Marian Terlecki (MT Art) i Michał Kwieciński (Akson Studio). Wy stwierdziliście: nie ma problemu, bierzemy?

Można tak powiedzieć.

Kto do kogo się zgłosił?

Powiem tak: po prostu wzięliśmy się do roboty.

Dużą presję polityczną pan czuł wtedy?

Nie. Kompletnie. Mogłem się tylko cieszyć. Reżyser z Oscarem i Złotą Palmą zwrócił się do mnie o pomoc w zrobieniu filmu w Polsce i o Polsce. Czy można sobie wyobrazić lepszy debiut producencki?

Zdaje się, że Polski Instytut Sztuki Filmowej wyłożył na ten projekt trzysta tysięcy złotych?

Dzięki nim mogliśmy wejść w koprodukcję, za co należą się instytutowi podziękowania. Bo w ten sposób film zrobił się polsko-niemiecki.

Jaki był cały budżet?

Około trzech i pół miliona złotych na trzydzieści dni zdjęciowych. Normalny film.

W sumie jakiś milion dolarów, czyli skromnie. Nie chciał pan sam takiego filmu wyreżyserować?

Mam inne projekty. Postanowiliśmy z Jolantą Rojek, że chcemy zbudować mocną firmę medialną. W ten sposób powstał taki mariaż biznesowo-artystyczny. Zaczyna się to bardzo dobrze rozkręcać. Co prawda na trochę innych zasadach.

Na jakich?

Na takich, że chcemy dawać szanse przede wszystkim ludziom młodym. Zaraz po „Strajku” wyprodukowaliśmy debiut Łukasza Palkowskiego „Rezerwat”. Mamy w przygotowaniu kolejne filmy. W ogóle mam w tej chwili 40 lat i wydaje się, że jestem w dość twórczym okresie: piszę, uczę, produkuję, a w tej chwili reżyseruję serial, wkrótce zaczynam fabułę.

Myślałem, że pan sobie odpuścił. Dawno pan zrobił ostatni odcinek „13. posterunku”?

Nie pamiętam już. Z siedem lat temu?

Że też chciało się panu wracać do tego gatunku.

Akurat sitcom „I kto tu rządzi?” jest najciekawszą tego typu propozycją, jaką dostałem od lat, a poza tym Paisa Films jest jego producentem wykonawczym. To był jeden z powodów, dla których przyjąłem tę produkcję. Przez lata odrzucałem kolejne propozycje, ale ta była ciekawa, świetnie obsadzona i włączyłem w to firmę. Ale już na jesieni ruszamy w Paisa Films z nowym, całkowicie autorskim projektem — bardzo dużym, prestiżowym, w gwiazdorskiej obsadzie.

Na koniec jeszcze raz zacytuję Annę Walentynowicz — wypowiedź z 4 lutego: „Nadal jestem w stanie wojny ze Schlöndorfem. (...) Czy chcę się spotkać z reżyserem? On może się spotkać tylko z moim adwokatem”. Co pan na to?

Rozmawiałem z panią Anią. Po pokazie w Gdańsku. Wiem, że kiedy film się skończył, była szalenie wzruszona. Naprawdę zostawmy to widzom. Niech ludzie rozstrzygną: czy ten film kogokolwiek obraża, czy szarga świętości. Wolę rozmawiać o tym, czy to dobry film, czy wzrusza.

To dobry jest? Wzrusza?

Jest dobry i wzrusza.

Odniesie sukces kasowy?

Uważam, że ten film powinny oglądać dzieciaki w szkołach. Po prostu. Moglibyśmy wypełnić nim lukę w świadomości wielu młodych ludzi.

Chyra fajnie Wałęsę zagrał?

Fajnie. Tylko w ogóle do niego nie jest podobny. Ale myślę, że na tym polegał zabieg Schlön-dorfa — taka artystyczna wizja. Nie chciał odtwarzać wiernie faktów. Chciał pokazać, że jedna prosta suwnicowa dzięki uczciwości i wierze w Boga stała się wrogiem systemu. Poruszyła mały kamyczek, który zamienił się w lawinę. A takich ludzi było więcej i o nich jest ten film. To jest pewna umowna historia o tym, co się działo wtedy w Polsce.

I wszystko rzeczywiście kończy się tak, że główna bohaterka zostaje sama — opuszczona przez wszystkich?

Przecież nie opowiem panu zakończenia.

Matka Courage

Angielski historyk Timothy Garton Ash nazwał Annę Walentynowicz „Matką Courage” Stoczni Gdańskiej (courage znaczy odwaga). Jej nazwisko pojawia się częściej w zachodnich niż rodzimych opracowaniach współczesnej historii Polski. Völker Schlöndorf nie jest pierwszym artystą, który sięgnął po jej biografię. Obok Wałęsy pojawiła się w epizodach „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy. W marcu 1981 r. w przedstawieniu „Relacja” Hanny Krall w Teatrze Małym w Warszawie Annę Walentynowicz zagrała Zofia Kucówna. W 1992 r. krakowski plastyk Roman Skowron pokazał rezultat swojej wieloletniej pracy — „Drogę krzyżową” z bohaterami Sierpnia ’80. Jedna z postaci miała twarz Walentynowicz. W 1995 r. została bohaterką szkolnego filmu Marka Ciecierskiego „Anna Proletariuszka”. W Buffalo władze miasta otworzyły ośrodek dla uchodźców nazwany jej imieniem. W drugoobiegowym „Życiu Anny Walentynowicz” Tomasz Jastrun zdumiewał się, że „nieszczęśliwa wiejska dziewczyna, maltretowana przez okrutnych gospodarzy, stała się niebezpieczna dla totalitarnego państwa. Gdy prezydent tego państwa groził jej palcem, premier innego państwa przyjmował ją z uśmiechem w pałacach Paryża”. Jako współzałożycielka NSZZ Solidarność gościła w brytyjskim parlamencie i w gabinecie premiera Francji. W Holandii przyznano jej tytuł Kobiety Roku. W Waszyngtonie odebrała Medal Wolności na rzecz Solidarności od Amerykańskiej Fundacji Ofiar Komunizmu (Victims of Communism Memorial Foundation). Honorowym przewodniczącym tej fundacji jest prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush. Odznaczona przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Orderem Orła Białego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Z kolan do kin