Z muzyczną fantazją

opublikowano: 30-05-2019, 22:00

Janusz Bielecki, właściciel grupy kapitałowej JB Property Group, to deweloper w dzień i… kompozytor w nocy. Pasja to nie tylko wytchnienie od pracy, lecz także uzupełnienie tego, czego mu w niej brakuje.

Kanada, Toronto. Uroczysty bankiet po koncercie. Do polskiego kompozytora podchodzi kanadyjski flecista.

Wyświetl galerię [1/3]

Fot. Paweł Ulatowski, Joanna Bąk

— Od którego roku życia grasz? Od czwartego, piątego? — pyta muzyk.

— Od czterdziestegopiątego — odpowiada kompozytor.

— Taki marketing, prawda? — uśmiecha się flecista, mrugając porozumiewawczo okiem.

Ów kompozytor to Janusz Bielecki, krakowski biznesmen, właściciel grupy kapitałowej JB Property Group, w skład której wchodzą m.in. spółka Super Krak, Hotel Swing i krakowski Park Wodny. Z wykształcenia (absolwent krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego) wuefista, trener pływania i instruktor narciarski. Pierwszy raz usiadł do fortepianu w 2006 r., będąc już panem w średnim wieku.

— W podstawówce uczyłem się grać na skrzypcach. Potem tylko słuchałem muzyki. Aż pewnego dnia poczułem, że mam w sobie zbyt dużo emocji. Musiałem je wyrzucić. Usiadłem wtedy przy fortepianie i… po prostu zacząłem grać. Tak narodziły się moje pierwsze kompozycje. Nazwałem je „Rozterka” — wspomina Janusz Bielecki.

Niedługo potem (w 2007 r.) pojawił się pierwszy krążek z jego utworami — nie tylko skomponował utwory do „Rozterki”, był także ich wykonawcą i zadebiutował w roli wydawcy. Później wydał kolejne płyty — ma na koncie już 12 albumów. Jego muzyka obiegła cały świat, wybrzmiewając w salach koncertowych od USA po Australię. Krakowski biznesmen założył też agencję artystyczną All Muses organizującą koncerty i inne wydarzenia artystyczne i Fundację Bielecki Art pomagającą młodym artystom. W 2013 r. powołał do życia festiwal Screen & Sound Fest.

— Let’s See the Music, podczas którego powstają wizualizacje filmowe do utworów muzycznych wybitnych polskich kompozytorów. Był także mecenasem festiwalu Marka Grechuty. Janusz Bielecki zaczął komponować wyłącznie dla przyjemności i z potrzeby rozładowania emocji. Początkowo jego pomysły trafiały do szuflady, jednak pewnego dnia postanowił podzielić się swoją muzyką z najbliższymi. Zachęcili go, by tworzył dalej. Wtedy odezwała się w nim żyłka biznesmena i postanowił skonfrontować swoją twórczość z zawodowcami — ogłosił konkurs dla profesjonalnych pianistów na interpretację swojej muzyki. Nagrodą było nagranie płyty. Wygrał znakomity pianista i aranżer Ireneusz Boczek, z którym Janusz Bielecki współpracuje do dziś. Razem nagrali album „Żądze” (w 2008 r.). Biznesmen związał się także z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej i dyrygentem Michałem Nesterowiczem. Wszystko potoczyło się szybko — najpierw w Radiu Kraków zorganizowano koncert, kameralną premierę „Żądz”. Na to wydarzenie Janusz Bielecki zaprosił wielu znajomych przedsiębiorców.

— Spodziewali się biznesowego spotkania, więc przeżyli spore zaskoczenie, gdy poznali mnie jako kompozytora — śmieje się Janusz Bielecki.

W kolejnych miesiącach doszło do aranżacji i instrumentacji „Żądz” na dużą orkiestrę symfoniczną — pierwsze koncerty odbyły się jesienią 2008 r. w Krakowskiej Filharmonii, a wiosną w 2009 r. — tournée obejmujące sześć największych miast Polski. Janusz Bielecki nie chce określać swojej muzyki. — Każdy odnajduje w niej coś innego. Najważniejsze, by działała na uczucia, wzbudzała emocje. Moja muzyka jest po prostu szczera — wyjaśnia kompozytor.

Reset w biznesie

Tymczasem w środowisku muzycznym uznano, że jego styl oscyluje miedzy muzyką XIX- i XX-wieczną z wpływami Rachmaninowa i Mahlera. Janusz Bielecki twierdzi, że nie wzoruje się na nikim. Komponując, po prostu odpoczywa od pracy.

— To autentyczna pasja i staram się, by nią pozostała. Kiedy tworzę, przy fortepianie zapominam o biznesowych problemach. To reset mózgu, przechodzenie w inny świat. Daje jednocześnie spokój i energię — mówi przedsiębiorca.

Jak można grać na tak skomplikowanym instrumencie bez wcześniejszego przygotowania w szkole?

— Wiele osób tego nie rozumie. Ja również zadawałem sobie to pytanie, lecz przestałem. I dalej komponuję. Co więcej, wielu zawodowych muzyków nie daje mi szansy. Często jednak zmieniają zdanie, gdy wychodzą z moich koncertów — odpowiada biznesmen.

Wspomina, że gdy na początku swojej muzycznej przygody grał z zawodowymi pianistami, żaden z nich nie odważył się go uczyć.

— Dopiero po latach odkryliśmy, że oni bali się mnie, a ja ich — mówi Janusz Bielecki.

Jak na biznesmena przystało, wszystkie prawa do jego utworów ma on albo All Muses.

— Tylko wybrane osoby mogą interpretować moje utwory — zaznacza kompozytor.

W swoich albumach często łączy własną muzykę z utworami żyjących i nieżyjących kompozytorów. Nakład każdej płyty to co najmniej 2 tys. egzemplarzy. Potem pojawiają się dodruki. Jego utwory były grane w wielu salach koncertowych. Największa publiczność?

— W Szanghaju, koncert w plenerze, którego transmisję oglądało ponad 100 mln osób. Byłem wtedy w trasie koncertowej z Polską Filharmonią Bałtycką. W Szanghaju zaczął padać deszcz. Początkowo nie zwracaliśmy na to uwagi, odbywając próby w dużej sali koncertowej. Chiński menedżer tego koncertu powiedział nam jednak, że tu odbywa się tylko próba, a grać będziemy na zewnątrz, podczas zapowiadanej przez meteorologów godziny „suchej”. Na początku odmówiliśmy, ale po długich negocjacjach uzgodniliśmy, że gramy do pierwszej kropli. Koncert się odbył, nie padało. Mieliśmy szczęście — opowiada kompozytor.

Filmowe zwroty

Janusz Bielecki twierdzi, że podczas recitali denerwuje się tylko przez kilka pierwszych minut, potem zapomina o wszystkim.

— Często nowe utwory powstają właśnie na scenie. Wszystko zależy od kontaktu z publicznością i od duszy fortepianu. Te instrumenty mają dusze i potrafią się obrazić — przekonuje krakowski biznesmen. Mówi, że bardziej się stresuje przed koncertami granymi przez orkiestrę. Ktoś go kiedyś zapytał, dlaczego się denerwuje w sytuacji, gdy już nic od niego nie zależy. Właśnie dlatego — odpowiedział wtedy Janusz Bielecki, bo jak każdy biznesmen czuje się nieswojo, gdy jest pozbawiony kontroli nad swoim „dzieckiem”.

Przeżył wiele wzruszających chwil, np. w Chinach, gdy jeden z zawodowych kompozytorów powiedział mu, że jego utwory przypominają kompozycje Chopina.

— To było naprawdę wzruszające. Chińczycy są zakochani w Chopinie, choć przy swojej wrażliwości, zupełnie innej niż nasza, często interpretują jego utwory po swojemu. Ale to liczone w milionach zakochanie w Chopinie jest urocze — opowiada z rozrzewnieniem.

Marzy, by mieć więcej spokoju i czasu. Grać dla siebie i bliskich w zaciszu domowym. Na razie jednak trudno o wolne chwile, zwłaszcza że od kilku lat angażuje się także w produkcje filmowe.

— Pewnego dnia spotkał się ze mną Tomasz Wasilewski, reżyser i scenarzysta filmu „Płynące wieżowce”. Szukał wsparcia dla swojego projektu. Wiedział, że mam artystyczną duszę, był na moich koncertach. Liczył, że mnie przekona do swojego pomysłu. I udało mu się — wspomina Janusz Bielecki.

Jednym z koproducentów tego filmu została spółka Super Krak. Film zadebiutował na ekranach w 2013 r. i zdobył wiele laurów, m.in. nagrody główne konkursów East of the West w Karlowych Warach i Festiwalu Filmów Polskich Bap Cine w Buenos Aires, a także nagrody publiczności we wrocławskim konkursie Nowe Horyzonty i Sopot Film Festival. Janusz Bielecki sam lub przez swoje firmy i agencję artystyczną All Muses zaczął inwestować w kolejne filmy, m.in. „Panią z przedszkola” i „Hycla”, który w 2016 r. zdobył nagrodę im. Ewy Kamirskiej dla najlepszego filmu w Konkursie Krótkometrażowych Filmów Fabularnych na gdyńskim Festiwalu Filmowym.

— Wszystkie te filmy bronią się artystycznie — podkreśla Janusz Bielecki, który w tym roku świętuje 10-lecie swojej Fundacji Bielecki Art.

Z ekonomicznym zacięciem

Jego zdaniem, łączenie biznesu ze sztuką to duże wyzwanie i wielka satysfakcja.

— Poznałem i jeden, i drugi świat od środka. Co ważne, poznałem je we właściwiej kolejności, zaczynając najpierw od biznesu. Spotykałem wielu artystów, którzy mieli pieniądze, wchodzili w swoje projekty i kończyli je fiaskiem — tłumaczy Janusz Bielecki, którego ścieżka biznesowa jest bardzo długa.

W latach 80., zaraz po studiach, wyjechał na saksy. Po przemianie ustroju wrócił do kraju i zajął się handlem.

— Większość przedsiębiorców nie myślała w tych czasach perspektywicznie. W rezultacie tak szybko, jak się pojawiali, przestawali istnieć. Udało mi się przetrwać, bo patrzyłem w przyszłość. Szybko zrozumiałem, że zaczyna się era rynku nieruchomości. W tej branży rozpocząłem działalność w 1994 r., kupując pierwsze 10 hektarów w krakowskiej strefie Olsza — był to teren industrialny, na którym stały dawne fabryki, częściowo jeszcze działające, częściowo w upadłości. Wtedy nikt nie wierzył, że da się tu stworzyć coś nowego. Wszyscy reagowali z niedowierzaniem — twierdzi Janusz Bielecki.

Pojawiło się jednak wiele chętnych firm zagranicznych. Krakowski biznesmen, spotykając się z ich przedstawicielami, patykiem na ziemi kreślił, jakie na tym pobojowisku mogą powstać budynki. Nie mylił się. Właśnie tu zaczęła działać pierwsza w Krakowie stacja paliw Aral, potem hipermarket Géant. Janusz Bielecki zaczął inwestować w hotele, centra handlowe, gastronomię, biurowce, osiedla mieszkaniowe i domy. Na terenie Olszy, zgodnie z jego ideą, powstało miasto w mieście — skupisko bloków mieszkalnych, biurowców i centrów handlowych. Jest nawet aquapark. Deweloper rewitalizuje także zabytkowe obiekty we Włoszech.

— Trzymanie się jednego miejsca czy jednego źródła dochodów jest ekonomicznie nieuzasadnione — przypomina inwestor.

Teraz jego największym biznesowym wyzwaniem jest scalenie grupy kapitałowej.

— Mam wiele firm, które prosperują dobrze, ale chcę wprowadzić nową kulturę organizacyjną, by wszystkie spółki współpracowały ze sobą. A potem pójdę na emeryturę — zapowiada Janusz Bielecki.

Zaraz dodaje, że to żart, bo przecież jest pracoholikiem. Ale ma nadzieję, że jako emeryt będzie się spełniał inaczej niż dotychczas. Może wyłącznie jako muzyk?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dorota Kaczyńska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu