Z założenia bezdecyzyjnie

opublikowano: 07-01-2020, 22:00

Andrzej Duda w końcówce kadencji 2015-20 przypomniał sobie o istnieniu w art. 141 Konstytucji RP instytucji Rady Gabinetowej (RG).

Jest to posiedzenie Rady Ministrów pod przewodem prezydenta RP, zwoływane „w sprawach szczególnej wagi”, ale bez żadnych uprawnień decyzyjnych. Ze względu na tak niskie umocowanie nawet trudno mieć do Andrzeja Dudy pretensje, że o fasadowej RG przez ponad cztery lata nie pamiętał. Wizerunkowe potrzeby kampanii wyborczej czynią jednak cuda…

W kadencji Andrzeja Dudy słynny żyrandol widywał ministrów wielokrotnie, ale na stojąco – za stołem po raz pierwszy.
Zobacz więcej

W kadencji Andrzeja Dudy słynny żyrandol widywał ministrów wielokrotnie, ale na stojąco – za stołem po raz pierwszy. Jakub Szymczuk

W obu konstytucjach II Rzeczypospolitej wpisywanie RG nikomu nie przyszło nawet do głowy. Narzucił ją dopiero w 1947 r. dla osobistych potrzeb wszechwładca Bolesław Bierut, będący prezydentem RP. Konstytucja PRL z 1952 r. zniosła taki urząd, zatem i RG. Po przemianach ustrojowych idea zwoływania przez prezydenta posiedzeń rządu odżyła w 1992 r., zaś w pełnym bierutowskim kształcie RG wróciła w Konstytucji RP z 1997 r. Tym razem jej ojcem był Aleksander Kwaśniewski. Poprzednicy Andrzeja Dudy skorzystali z konstytucyjnego art. 141 po kilka razy. Gdy głowa państwa i rząd reprezentowali obozy wrogie — posiedzenia RG okazywały się całkiem puste. Np. Donald Tusk stawiał się punktualnie z całym gabinetem na wezwanie Lecha Kaczyńskiego, ale milcząco posiedzieli i rozchodzili się z niczym. Gdy natomiast prezydent i rząd wywodzili się z tego samego pnia, posiedzenie RG wręcz ociekało wzajemną chwalbą. Np. Bronisław Komorowski i gabinet Donalda Tuska w 2013 r. osiągnęli absolutną zgodność co do perspektywy przyjęcia przez Polskę euro, ale w 2015 r. podwójne wybory wyrzuciły ich konkluzje do kosza.

Wtorkowe posiedzenie RG przebiegło w atmosferze absolutnej jedności obu pałaców położonych przy Trakcie Królewskim. Analizując jednak merytoryczną zawartość konkluzji ogłoszonych na wspólnej konferencji przez Andrzeja Dudę i Mateusza Morawieckiego, naprawdę trudno zgadnąć, po co w ogóle prezydenckie służby rozstawiły w Sali Kolumnowej stół dla całego rządu. Przecież identyczny byłby dorobek zwykłego spotkania prezydenta i premiera przy stoliku dwuosobowym. Dla Andrzeja Dudy najważniejsze było publiczne oznajmienie, że wobec niemożności wygłoszenia przemówienia — nie pojedzie 23 stycznia do instytutu Yad Vashem w Jerozolimie na tamtejszą konferencję upamietniającą 75. rocznicę oswobodzenia resztki więźniów obozu Auschwitz-Birkenau (gdyby ktoś zapomniał — przez Armię Czerwoną). Notabene warto zwrócić uwagę, że ten event wpływowej żydowskiej fundacji — ale z udziałem wielu głów państw — poświęcony zostanie nie tylko holokaustowi podczas wojny, lecz także współczesnemu antysemityzmowi. Niestety, już teraz wiadomo, że w tym drugim wątku Polska poniesie 23 stycznia znaczące straty wizerunkowe. Generalnie jednak skorzystanie czy nieskorzystanie z zaproszenia do Yad Vashem to jednoosobowa, suwerenna decyzja prezydenta. Nie wymagała jakiegokolwiek zaopiniowania przez Radę Ministrów, została jej zwyczajnie oznajmiona, tyle że ciut wcześniej niż opinii publicznej.

Drugim ważnym tematem RG były hipotetyczne zagrożenia dla Polski najnowszym konfliktem na Bliskim Wschodzie. W tym wątku naprawdę ważne są robocze, utajnione rozmowy najważniejszych decydentów w gronie konkretnych ministrów oraz dowódców sił zbrojnych i szefów służb. Pełne deklarowanej troski, ale bezdecyzyjne posiedzenie RG w Sali Kolumnowej zdecydowanie lepiej sprzedaje się jednak wizerunkowo.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy