Razem z fajerwerkami witającymi rok 2012 w sylwestra przechodzi do historii pierwsza polska prezydencja Rady Unii Europejskiej. Komentarz na jej inaugurację 1 lipca zatytułowałem pytająco: „Para w koła czy w gwizdek”. Tytuł powyżej nawiązuje symbolicznie do tamtego, a zarazem stawia tezę. W zalewie rządowego samochwalstwa najbardziej uczciwa ocena, pod którą z czystym sumieniem może się podpisać każdy, brzmi: była to najlepsza ze wszystkich dotychczasowych polskich prezydencji…
Mieliśmy pecha, gdy po rozszerzeniu Unii Europejskiej ustalano wieloletni harmonogram półrocznych prezydencji. Znaczenie owej instytucji, istniejącej od czasów Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, radykalnie obniżył traktat z Lizbony, który stworzył urząd stałego przewodniczącego Rady Europejskiej. Datą graniczną był 1 stycznia 2010 r., kiedy to w unijnym gmachu Justus Lipsius mocno usadowił się belgijski technokrata i pragmatyk Herman Van Rompuy. Podczas decyzyjnych szczytów szybko sprowadził do zera znaczenie szefów rządów państw sprawujących przechodnie przewodnictwo. Spośród nowych członków UE przed wspomnianą datą zdążyły się załapać tylko Słowenia i Czechy, natomiast Węgrom i Polsce trafiły się w roku 2011 już prezydencje z politycznie i prestiżowo podwiniętym ogonem.
Premier Donald Tusk niby to rozumiał, bo kilkakrotnie chłodno deklarował: „Znam traktat lizboński i nie mam przesadnych wyobrażeń o narzędziach, jakie prezydencja ma w swojej dyspozycji”. Mimo to rządowa machina propagandowa została rozkręcona tak, jakbyśmy rzeczywiście kierowali całą Unią Europejską, przygotowywali konkluzje szczytów prezydentów i premierów etc. Oprócz zmian prawnych dodatkowym pechem Polski był rzecz jasna głęboki kryzys Eurolandu. Samozwańczo przejął inicjatywę i kierownictwo unijnego stada prezydent Nicolas Sarkozy, który za równą sobie uznał jedynie kanclerz Angelę Merkel. A premier państwa formalnie umocowanego został zwyczajnie wyrzucony z zawężonych szczytów strefy euro. W tych okolicznościach propagowane przez Donalda Tuska hasło „Więcej Europy w Europie” zyskało posmak wyjątkowo gorzki.
Na całe szczęście udało się zneutralizować jeszcze jeden kalendarzowy pech Polski — nałożenie się prezydencji z wyborami parlamentarnymi. Powodem zbitki terminowej stało się skrócenie kadencji parlamentu w roku 2007. W unijnych kronikach wybory podczas prezydencji to nie pierwszyzna, ale często okazywały się czynnikiem rozbijającym plany. Dla Czech w roku 2009 wybory i zmiana rządu skończyły się wizerunkową klęską prezydencji. Tymczasem nasz 9 października okazał się, ze względu na przedłużenie władzy Platformy Obywatelskiej z Polskim Stronnictwem Ludowym, z punktu widzenia Brukseli oraz urzędniczej sprawności polskiej ekipy (patrz zasłużony wektor na str. 3) praktycznie niezauważalny. Co ważne, zadziałało to także w drugą stronę, bo nawet z jej propagandą sukcesu prezydencja w Radzie UE nie odegrała wielkiej roli w krajowej kampanii. O wyborach Polaków decydowały inne kryteria.