Zachęta wydaje się umiarkowanie zachęcająca
Działająca od niedawna w warszawskiej Zachęcie restauracja o tej samej nazwie ma kilka walorów, zachęcających do jej odwiedzenia. Nie ustrzegła się jednak „chorób wieku dziecięcego”, typowych dla niemal wszystkich nowo otwieranych w stolicy restauracji.
Wystrój wnętrza, choć wysmakowany, nie wszystkim odpowiada. Meble ze wszechobecnego ostatnio metalu są oryginalne i wygodne. Zastosowane w nich obicia w kolorze wściekłej czerwieni męczą jednak wzrok tak szybko, że co mniej odporni pragną uciekać z restauracji już po 30 minutach. Czyżby to było świadome założenie właścicieli?
Ceny na średnio wysokim poziomie. Trzeba jednak przyznać, że jest w mieście sporo lokali równie drogich, ale i gorszych.
Kuchnia na średnim poziomie. Wiele potraw lepiej wygląda niż smakuje. Smażony ser brie z orzechami i sosem gruszkowym to mocny punkt w ofercie przekąsek. Zdecydowanie gorsze okazują się smażone kalmary — mdłe. Mdławy posmak jest typowy dla kilku innych potraw, np. zupy porowej z truflami i soli w tempurze. Zestaw dań głównych pod względem jakości jest nierówny. Waha się ona od kiepskiej, w przypadku kotletów jagnięcych z rusztu, po bardzo dobrą, prezentowaną przez kotleciki cielęce saltimboca romana.
Niewątpliwie mocnym punktem Zachęty jest obsługa. Po prostu bez zarzutu. Jedyne potknięcie zdarzyło się przy wypisywaniu rachunku, jednak winę za zbyt długie oczekiwanie należy przypisać zawieszającemu się komputerowi. Proponuję kelnerom dać podwyżkę, a komputer zwolnić.