Cudzoziemcy podziwiali Caldeira das Sete Cidades, zielono-niebieskie jeziora na Sao Miguel w archipelagu Azorów. W milczeniu. Nagle odezwało się dziecko: Czy tu mieszka Pan Bóg? — zapytało.
Portugalczycy twierdzą, że Azory to pozostałość legendarnej Atlantydy.
— Leżą u zbiegu 3 płyt tektonicznych, a te zamknąć się miały nad zapadłą pod ziemię Atlantydą. Ponoć 9 wysp archipelagu to wystające z oceanu szczyty zatopionego lądu. Naukowcy wciąż wydobywają z przybrzeżnych wód jakieś dziwne przedmioty... — wyjaśnia hipotezę Tamara Sobolska, wykładowca na iberystyce Uniwersytetu Warszawskiego.
Śladów opisanej przez Platona mitycznej wyspy dopatruje się w ponad 40 miejscach na ziemi. Ale dowodów na jej istnienie nie znaleziono. Kto wie, może to rzeczywiście Azory?
Nie zadepczą
Archipelag gości niewielu turystów — znaczne oddalenie zarówno od Europy, jak i Ameryki, czarne, wulkaniczne plaże — błyszczące w słońcu niczym srebro, usiane głazami wypolerowanymi przez fale, a od czasu do czasu trzęsienie ziemi... Masowa turystyka tu nie dotrze. Azory pozostaną schronieniem dla miłujących spokój i bliski kontakt z przyrodą.
— Władze autonomii wręcz bronią się przed zalewem turystów. Nie ma tu np. dużych hoteli — jedynie kameralne hosteliki — twierdzi Tamara Sobolska.
Każda z wysp jest inna — Sao Jorge, Wyspa św. Jerzego — kryje słodko-słoną zatokę, gdzie żyją ryby i małże o osobliwie pomarańczowym zabarwieniu.
— Polują na nie nurkowie. Z kuszami. A opodal zatoki stoi chata. To restauracja, której właściciel przyrządza przyniesione przez gości trofea — opowiada Kasia Englert, współwłaścicielka firmy Paprika, organizującej imprezy incentive.
Granatowe morze, błękitne niebo, intensywna zieleń pastwisk... Ciszę przerywa porykiwanie krów. Stada czarno-białych zwierząt to charakterystyczny obrazek na Sao Jorge czy Sao Miguel (Wyspa św. Michała).
— Jak być krową, to tylko na Azorach! Żadnych płotów, soczysta trawa... Lokalne sery czy jogurty są pyszne, ale drogie. Wyspiarze cenią sobie jakość — twierdzi Kasia Englert.
Żyzne poletka ogrodzone czarnymi wulkanicznymi kamieniami — winnice. Miejscowi produkują własny gatunek wina.
— Trochę kwaśne... Ale ponoć rosyjscy carowie pijali je z zachwytem — mówi Tamara Sobolska.
Bujna, egzotyczna roślinność — palmy, rododendrony, drzewiaste paprocie — obok swojskich dębów, nasturcji, róż...
— Azalie, za które sporo płacimy w polskich kwiaciarniach, rosną w rowach jak chwasty! — dodaje Tamara Sobolska.
Zachwycają pola błękitnych i różowych hortensji — kwiaty wysiewają się same, choć wyglądają, jakby ktoś starannie pielęgnował klomby o geometrycznych kształtach.
— Na wyspie Flores (Kwiaty) hortensje otaczają wulkaniczne jeziorka. I wodospady rozpryskujące się na wulkanicznych skałach — opisuje Kasia Englert.
Garnek w ziemi
Czuje się podskórną aktywność wulkanów. Ziemia paruje. Z iście piekielnym bulgotem gotują się skały, piasek, błotniste kałuże. I ten siarczany zapach! W kurorcie Vale das Furnas na Sao Miguel biją źródła tak gorące, że ludzie gotują w nich kukurydzę. Gdzieniegdzie da się kąpać — niczym w wannie otoczonej tropikalną roślinnością.
— Widziałam panią, która zalała wodą ze źródeł kawę przyniesioną w kubeczku — wspomina Tamara Sobolska.
Okoliczni mieszkańcy zakopują w gorącej ziemi potężne gary, wyłożone lnianą szmatką, wypełnione rozmaitymi mięsami i warzywami. To lokalna potrawa — cozido. Dusi się tak 2 godziny.
— Z wulkanicznej kuchni korzystają nawet hotele. Odkopywanie garnka to widowisko, na które zbiegają się ludzie — dorzuca Tamara Sobolska.
Jest i jama plująca leczniczym błotem — pomocnym na reumatyzm, egzemy, dla urody... Wozi się je do pobliskich domów zdrojowych. Niedaleko tryska woda lekko gazowana. I zimna, jak z lodówki.
— Mają też w Furnas „wodę niebieskich oczu” i „wodę brązowych oczu”. Stosuje się je — do okładów — w zależności od koloru oczu. Miejscowi twierdzą, że inaczej nie zadziała! — opowiada Tamara Sobolska.
Gigantyczne kratery wulkanów — caldeira — zachęcają do pieszych wędrówek. Caldeira na wyspie Corvo (Kruk) ma 2 km średnicy. Po zboczach spływają hortensje, wnętrze zaś wypełnia gruby mech, nasączony wodą jak gąbka. Z kolei krater na Faial (Las Osikowy) to park naturalny. Zielona misa w środku wyspy. Oszałamiająca roślinność przypomina „Park Jurajski”. W tym gąszczu wytyczono szlaki dla pieszych — oprowadzają przewodnicy. Faial słynie także z najmłodszego wulkanu Europy — Capelinhos. Powstał zaledwie 47 lat temu. W okolicy wciąż wieje grozą...
— Erupcja na dnie Atlantyku, w pobliżu wyspy Faial, nastąpiła we wrześniu 1957 r. Trwało to ponad rok. W efekcie wyspa powiększyła się o jakiś kilometr. Pamiątką po wybuchu jest zasypana popiołem latarnia morska — spod ziemi sterczy zaledwie 2-piętrowy budyneczek — i księżycowy krajobraz. Potworna łacha piachu. Szczęściem, okolicznym mieszkańcom udało się uciec — przypomina Tamara Sobolska.
Zdarzają się trzęsienia ziemi. Ludzie przyzwyczaili się do alarmów — spędzają wtedy noce w parkach i na skwerach.
— Byłam na Pico, gdy — w obawie przed trzęsieniem ziemi — mieszkańcy przenieśli się do namiotów. My rozbiłyśmy się pod miejscowym szpitalem. I poznałyśmy córkę ordynatora, która obwiozła nas po całej wyspie. Bo tak się Azory zwiedza — zaczynając od rozmowy z ludźmi — radzi Kasia Englert.
Zęby wieloryba
Najsłynniejsza miejscowość archipelagu — Horta na Faial. Do mariny zawijają jachty płynące przez Atlantyk. Żeglarze — kultywując przesąd, że zapewni to bezpieczną podróż — pokrywają betonowe nadbrzeże kolorowymi malunkami. I zostawiają sobie nawzajem wiadomości w kafejce „Peter Cafe Sport”. Lokal zawdzięcza sławę właścicielowi — osobiście witającemu gości — i... ginowi z tonikiem.
— Z okien knajpki widać Pico — niemal idealnie trójkątny, czynny wulkan strzelający w niebo z wyspy o tej samej nazwie. To najwyższy szczyt Portugalii — 2351 m. Fascynujący! Mogę go podziwiać godzinami... — wspomina Kasia Englert.
Na piętrze kawiarni zwiedza się muzeum wyrobów z wielorybiej kości. Płaskorzeźby — niczym tatuaż — na zębach wieloryba (tzw. scrimshaw), a także sprzęt do połowu olbrzymich ssaków, smukłe canoe wielorybników... Zobaczy się to również na wyspie Pico (Szczyt).
— Drewniane łódeczki, jakimi wypływali na połów, są dwa razy większe od kajaka. I tegoż kształtu. Mieszczą dziesięciu chłopa. Polowali na czymś tak szokująco małym! — zdumiewa się Tamara Sobolska.
Niegdyś mieszkańcy Azorów żyli z wielorybnictwa. Mieli estymę — Amerykanie masowo rekrutowali ich na swoje statki. Po dziś dzień przetrwał zawód obserwatora — tyle że podgląda on wieloryby, by pokazać ich igraszki turystom. Zabijanie zwierząt jest zabronione.
— Rejsy na spotkanie wielorybów i delfinów to popularna rozrywka na Pico i Faial. Kaszaloty podpływają naprawdę blisko! Widziałam zdjęcia. Nie brałam udziału w eskapadzie — zdaję sobie sprawę z ogromu tych zwierząt. I kruchości statków — niemal pontonów — jakimi się płynie. Wszyscy siedzą w kapokach, ale... To nie dla mnie — tłumaczy Tamara Sobolska.
W domu najlepiej
Na Azorach przetrwał kult Ducha Świętego, zaszczepiony na wyspach w XIII wieku. W każdą niedzielę, od kwietnia do czerwca, odbywają się uroczystości ku jego czci. Ważną rolę odgrywają kolorowe domy — imperio — gdzie przechowywane jest berło i korona zwieńczona gołębicą. Podczas świąt insygnia te zabiera się do kościoła. Potem wybierane jest dziecko, personifikujące Ducha Świętego. Ubrane w królewską szatę, w koronie na głowie i z berłem w dłoni rusza — wraz z procesją — do imperio, gdzie insygnia znów są składane. To sygnał rozpoczęcia festynu. Każde gospodarstwo przygotowuje jedzenie. Ludzie dzielą się nim — leży na gigantycznych stołach ustawionych przed kaplicami. Częstowani są także turyści.
— Nigdzie nie spotkałam bardziej gościnnych, ciekawych świata ludzi. Polują niemal na przybyszów — pytają skąd, gdzie... Wciąż byłam przez nich zapraszana na posiłki i noclegi. Nikt nie chciał przyjąć zapłaty. Na Azorach przeżyłam najpiękniejszą Wielkanoc — u przygodnie poznanych ludzi. Przyszło ich 10 dzieci z małżonkami i potomstwem... — zapewnia Kasia Englert.
Nic dziwnego — jedną z wiosek na Sao Jorge, wyspie porośniętej lasami schodzącymi stromo do wody, zamieszkuje zaledwie pięciu ludzi. Przybycie turysty to święto!
— Jeden z mieszkańców — chłopak z długimi włosami, wąsami, w białej szacie — twierdził, że nie mógłby żyć na kontynencie. Wiózł mnie na osiołku. Wyglądaliśmy, jak Święta Rodzina — śmieje się Kasia Englert.
To samo w mieścinie na Corvo. Położonej na zboczach wulkanu z kraterem przypominającym lądowisko UFO. Jeden kościółek, jeden policjant, niewielu mieszkańców...
— Podwiózł nas stopem chłopak po studiach w Paryżu. Wrócił, jak wielu innych. Bo ludzie z Azorów są dumni z wysp. Przywiązani do nich, ale z niesamowitym poczuciem wolności. Niespokojni, wciąż szukają wzrokiem horyzontu... Bez morza nie potrafią żyć. Prości, ale głębocy. W duszy — romantycy i poeci — przekonuje Kasia Englert.
Azory — wyspy nieznane. Podróż tam to rzecz grzechu warta. Dla przyrody, krajobrazu, przestrzeni... Są i zabytki. Ale w tym miejscu na ziemi natura przyćmiewa dzieła rąk ludzkich.
