Gracze kupują dług naszego rządu w poszukiwaniu alternatyw dla oferujących rekordowo niskie rentowności papierów najbezpieczniejszych krajów. Stanowiące punkt odniesienia dziesięcioletnie papiery rządu niemieckiego oferowały w środę 1,4 proc. Wyższe zyski są możliwe, jednak ceną jest większe ryzyko. Podobne papiery hiszpańskie dawały zarobić 6,7 proc.
— Polskie obligacje oferują około 5 proc., co sprawia, że dla inwestorów instytucjonalnych są o wiele bardziej atrakcyjne od niemieckich, a jednocześnie związane z nimi ryzyko jest znacznie mniejsze niż w przypadku papierów hiszpańskich — podkreśla Manfred Burdis.
Jego zdaniem, to o tyle ważne, że przy obecnych rentownościach papierów niemieckich wielu zarządzających znad Łaby nie jest w stanie osiągnąć zadeklarowanych stóp zwrotu z inwestycji.
— W przypadku polskich papierów trudno znaleźć słaby punkt. Duży rynek wewnętrzny chroni was przed kryzysem. Wzrost gospodarczy nad Wisłą może nadal spowalniać, jednak skala tego zjawiska nie powinna być duża — przekonuje Manfred Burdis.
Kapitał zagraniczny będzie interesował się także największymi emisjami obligacji korporacyjnych. To stwarza okazję dla polskiego sektora energetycznego, by sfinansować część potrzeb inwestycyjnych poprzez sprzedaż obligacji denominowanych w euro. Jego zdaniem, napływ kapitału umożliwi NBP cięcie stóp bez ponoszenia ryzyka nadmiernego osłabienia złotego.
W krótkiej perspektywie na rynku obligacji skarbowych możliwa jest jednak korekta ostatnich zwyżek. W dłuższym horyzoncie rentowności ustabilizują się natomiast poniżej poziomu 5 proc. Wszystko dlatego, że za obserwowanym ostatnio popytem stoją długoterminowi inwestorzy instytucjonalni.
— Inwestorzy, którzy kupują polskie papiery przy rentownościach sięgających 5 proc., nie straciliby zainteresowania nimi, nawet gdyby oferowały zaledwie 4,5 proc. — tłumaczy Manfred Burdis.
4,36%
Tyle wyniosła rentowność 5-letnich obligacji skarbowych, sprzedanych na wczorajszej aukcji przez resort finansów. To najniższy wynik w historii.