Zagraniczny kapitał nadal u nas inwestuje
ZAGRANICZNI LIDERZY: Pod względem skumulowanych bezpośrednich inwestycji w Polsce wyraźnie przodują dwa koncerny samochodowe — Daewoo i Fiat.
Publicyści biją na alarm, politycy wprawdzie oficjalnie reprezentują opcje odpowiadające ich własnym ugrupowaniom, ale w większości także są zaniepokojeni, jedynie ekonomiści zachowują kamienne twarze. Co spowodowało tak rozległy rozdźwięk? Oto okazało się, że — po dziesięciu kolejnych latach ciągłych wzrostów — wartość ubiegłorocznych inwestycji zagranicznych w Polsce była niższa niż rok wcześniej. I już wiadomo — nasz kraj przestał być atrakcyjny dla zagranicznego kapitału, być może ze względu na rzeczywiście drażniące zawirowania na scenie politycznej, być może z powodu wysokiej — w stosunku do wcześniejszych przewidywań — inflacji i znacznie niższego w ubiegłym roku tempa wzrostu gospodarczego.
NIE PODZIELAMY tych obaw. Jednak na pierwszy rzut oka niepokoje te mają swoje merytoryczne uzasadnienie. O ile bowiem w 1998 roku napłynęło do Polski 10,1 mld USD bezpośrednich inwestycji zagranicznych, o tyle w ubiegłym roku było ich już tylko 8,3 mld USD. Tylko, czy aż tyle?
W CIĄGU jedenastu kolejnych lat — można uznać, z drobnym błędem statystycznym, że licznik bije od momentu obrad Okrągłego Stołu — inwestycje zagraniczne w naszym kraju rozwijały się w ekspresowym tempie. W roku bazowym dewizowi partnerzy zdecydowali się zainwestować w Polsce zaledwie 8 mln USD, co — w skali makro — było kwotą śmieszną. Musiały minąć jeszcze trzy lata przyglądania się efektom naszych przekształceń gospodarczych, by zagraniczne inwestycje łącznie przekroczyły pułap 2 mld USD. W dwa lata później podwoiły się, a w następnym roku zwiększały się o połowę. Proporcje wzrostu w kolejnych latach— choć z uwagi na prawo wielkich liczb ich utrzymanie było coraz trudniejsze — utrzymały się na takim samym poziomie.
ZAGRANICZNY kapitał zdecydował się zainwestować w ubiegłym roku w polską gospodarkę nieco mniej funduszy niż rok wcześniej. Czy jednak oznacza to, iż nasz kraj przestaje być atrakcyjny dla zachodnich biznesmenów bo o nich tu głównie mowa? Pytanie jest oczywiście retoryczne, bowiem nie ulega wątpliwości, iż unijne otwarcie gospodarki na Wschód stwarza — przynajmniej teoretycznie — doskonałe warunki dla polskich przedsiębiorstw, które — jeśli uporają się z barierą nieuczciwej, nie bójmy się tego określenia, konkurencji ze strony zagranicznych podmiotów — mogą odgrywać znacznie poważniejszą rolę na tych rynkach niż obecnie.
WBREW opiniom gospodarczych malkontentów, ubiegłoroczny przyrost zagranicznych inwestycji należy oceniać pozytywnie. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, iż Polska pod względem wielkości napływu środków dewizowych nadal plasuje się na pozycji niekwestionowanego lidera wśród krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Nawet w ubiegłym roku do Polski trafiło około 36 proc. wszystkich inwestycji wniesionych do naszego regionu.
KILKA SZCZEGÓŁÓW. Ubiegły rok charakteryzował się przede wszystkim dynamicznie zwiększanym napływem inwestycji do sektora bankowego. Najważniejszym inwestorem tego sektora był włoski UniCredito Italiano, który przejął prawie 53 proc. akcji Pekao SA, inwestując nieco ponad miliard dolarów. Kapitał zagraniczny wzmocnił również sektor ubezpieczeniowy — międzynarodowy koncern Eureko przeznaczył 600 mln dolarów na zakup 20 proc. udziałów w PZU. Jednak pod względem skumulowanego stanu bezpośrednich inwestycji liderem jest koreański koncern Daewoo (ponad półtora miliarda dolarów) który nieznacznie wyprzedza włoskiego Fiata.
JEST OCZYWISTE, iż nie należy spoczywać na laurach, toteż ubiegłoroczny napływ inwestycji zagranicznych mimo wszystko nie może satysfakcjonować. Analitycy szacują, iż w tym roku ich poziom wyniesie 10-12 mld dolarów, co jednak w dużej mierze będzie rezultatem wpływów z prywatyzacji. Prywatyzacja jest jednak procesem niepowtarzalnym. Rzecz zatem w tym, aby znaleźć inne sposoby zachęcania zagranicznego kapitału do inwestowania w Polsce w kolejnych latach.