Zagrożenie terroryzmem zwiększyło podaż na giełdach

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-08-03 00:00

W piątek finisz sesji w USA należał do byków i to mimo nie najlepszych informacji, które docierały na rynek. Nie przejęto się mniejszym od prognoz wzrostem PKB, ale rosnąca cena ropy mogła obóz byków mocno wystraszyć. Nie wystraszyła, bo trwało kończące miesiąc window dressing, a poza tym mocno wzrósł indeks PMI Chicago. To zwiększyło oczekiwania inwestorów, że dane makroekonomiczne, które mają zostać podane w bieżącym tygodniu będą bardzo dobre.

Takie nadzieje, szczególnie że pojawiają się na początku miesiąca, kiedy to fundusze dostają świeże pieniądze, powinny (w idealnym świecie bez terroryzmu) podnieść indeksy. Jednak w czasie weekendu policja w Nowym Jorku ostrzegła, że terroryści szykują ataki, a w Waszyngtonie ogłoszono podniesienie stanu zagrożenia. Podobno najbardziej zagrożone są instytucje finansowe i placówki handlowe. Ponieważ ceny ropy w takich sytuacjach zazwyczaj rosną, więc i teraz mogło być podobnie.

Obawy przed zamachami walczyły wczoraj z nadziejami na dobre dane makro. Podczas naszej sesji kontrakty na amerykańskie indeksy pokazywały wyraźnie, iż wygra strach, a ponieważ rynek już wyprzedany, nie mógł znowu zniżkować. Stawiam jednak tezę, że wygrały byki (albo sesja zakończy się neutralnie), ale pod warunkiem, że dane makro były rzeczywiście bardzo dobre, a ceny ropy zachowała się spokojnie.

W Eurolandzie nie snuto takich rozważań. Indeksy od początku sesji spadały, ale umiarkowanie i do tego na bardzo małym obrocie. Po prostu czekano na to, co będą robili Amerykanie. Prawdziwą reakcję zobaczyliśmy dopiero po 13.00, kiedy inwestorzy w USA zaczęli się budzić i nie wyglądało to groźnie. Dzisiejsze dane makro z Eurolandu będą istotne, bo dowiemy się, jaka była inflacja w cenach produkcji (PPI). Gdyby znacznie odbiegała od prognoz, to wzrosłaby obawa o to, że ECB wkrótce podniesie stopy procentowe, a to musiałoby schłodzić rynki Eurolandu. Najważniejsze będą jednak dane o wydatkach Amerykanów. Prognozowany jest mały spadek i to jest już zawarte w cenach. Bardzo źle zostałby przyjęty znaczny spadek, a wzrost oczywiście pomógłby bykom. Raport Challengera o planowanych zwolnieniach w amerykańskich firmach ma o tyle znaczenie, że w piątek dowiemy się, jaka była w lipcu sytuacja na rynku pracy. Te dane mogą więc ukierunkować oczekiwania inwestorów i przeważyć szalę na korzyść jednej ze stron.

O zachowaniu naszego rynku nie ma co mówić. Mały obrót, małe zmiany indeksów. W piątek odbijały trochę kursy banków i to mogła być jakaś pociecha, ale instytucje finansowe powinny jeszcze przez dłuższy czas być słabsze niż rynek, co oczywiście nie wyklucza odbić. Wynik BRE bankom niespecjalnie zaszkodził. Informacja o tym, że CBŚ prowadzi śledztwo w sprawie niegospodarności władz Elektrimu w okresie, kiedy był w nich obecny prezes PKN Orlen, nie wpływała negatywnie na kurs (to była jedna z mocniejszych spółek). Zachowanie rynków zagranicznych od kilku tygodni nie jest dla nas wskazówką, ale ciekawe było to, że podaż na GPW nie naciskała, a obrót był znikomy w sytuacji, kiedy w Eurolandzie indeksy zniżkowały, a węgierski BUX spadał tym razem bardziej zdecydowanie.

Wczoraj rynek był bardzo silny, ale to nie znaczy, że na następnej sesji też taki będzie. Takie zachowanie dobrze o nim świadczy, choć sesja nawet w krótkim okresie nie może służyć jako prognostyk koniunktury. Wystarczy jeden przestraszony zarządzający funduszem, by indeksy ruszyły do dołu. Wczoraj znowu ocalało dolne ograniczenie kanału trendu wzrostowego. Na oscylatorach utrzymują się jednak sygnały sprzedaży, więc musiałbym zobaczyć zdecydowany ruch na północ, by uwierzyć, że i tym razem ruszymy do górnego ograniczenia kanału. Na razie technika ciągle każe zakładać, że niedługo rozpocznie się spadkowa fala C korekty.