Zakład w naparstku

Jacek Konikowski
opublikowano: 2005-12-22 00:00

Japończycy nie wierzyli, że Polacy mogą sami robić kasy fiskalne. Roman Kluska założył się, że to możliwe — i wygrał. Dziś Novitus jest czwartym producentem krajowej branży IT.

— Ten zamek na wyspie kupił niedawno dealer Fiata, a tam na wzgórzu jest posiadłość Korala, króla lodów. Do biura w mieście jeździ maybachem... A ten szklany biurowiec przed nami, z kładką nad jezdnią, to dominium Wiśniowskiego — to po Hörmannie drugi w Europie producent bram garażowych. Dalej będzie Fakro, drugi na świecie producent okien dachowych, ale po drodze miniemy księgarnię Romana Kluski... O, już ją widać — mówi Piotr Marzec, szef działu marketingu w Novitusie, największej w Polsce fabryce urządzeń fiskalnych.

Nowy Sącz. Miasto nie za wielkie, ale „wielkimi graczami” mogłoby obdarzyć kilka znacznie większych.

Skręcamy na nieduży placyk przed dwoma nowoczesnymi biurowcami. Na jednym napis: „Novitus”, na drugim: „Optimus”.

— Trochę myląca kolejność, bo nasz biurowiec pierwotnie był siedzibą Optimusa. W nim Roman Kluska zaczynał budowę firmy. Ten drugi powstał później. Znak czasu: idzie nowe — mówi Marzec, prowadząc do biura.

Znak czasu? Rzeczywiście, Novitus to spółka Optimusa, założona jeszcze przez Romana Kluskę.

— Dlaczego nie pozostaliście przy nazwie Optimus?

— Długi czas byliśmy Optimusem IC. Ten drugi człon pochodził od Inter Commerce, kiedyś udziałowca naszej spółki (35 proc). Od lutego 2005 r. zmieniliśmy ją na Novitus. Nie chcemy „jechać” na legendzie Romana Kluski, ale też i kojarzyć się z Optimusem.

— Bo to złe skojarzenie?

— O nie! To dlatego, że my robimy coś znacznie bardziej zaawansowanego technologicznie niż komputery — tłumaczy Marzec.

Ładnie tu, ale czegoś brakuje. No, jasne! Fabryki, hali montażowej, miejsca, gdzie — jak to brzmi! — przedsiębiorczość przekuwa się w czyny. Piotr Marzec zapewnia, że ona tu jest.

Yamada: czyli pewność siebie

Gabinet. Mały, cichy, bez „wodotrysków”, proste biurko, zwykły fotel — skromnie, raczej pomieszczenie do pracy niż gabinet prezesa. Dziś urzęduje w nim Bogusław Łatka, prezes Novitusa. Przed nim — Roman Kluska.

— Niewiele tu zmieniliśmy od czasów założyciela Optimusa. Jedynie sufit — mówi Łatka, popijając zieloną herbatę.

To jedyna pozostałość po współpracy z Japończykami? Tak naprawdę pił ją dużo wcześniej, w czasie narad z Romanem Kluską, gdy planowali rozwój dzisiejszego Novitusa. Ale jeżeli ktoś myśli, że wszystko, co wymyślił Kluska, od razu zamieniało się w złoto, to się myli. Początki Novitusa wcale nie były różowe.

— Roman Kluska miał instynkt i odwagę, wchodząc w kasowy biznes jako pierwszy. W Polsce to był dziewiczy teren. W 1992 roku Ministerstwo Finansów wprowadziło obowiązek posiadania kas fiskalnych. Nikt ich wtedy u nas nie produkował... Na starcie szło jak po grudzie, nic nam nie wychodziło. Nie mieliśmy doświadczenia... Kluska, zniecierpliwiony brakiem sukcesów, zastanawiał się, czy jest sens dalej to ciągnąć — wspomina prezes Łatka.

Rozwiązanie znaleźli w Japonii — w firmie BMC. Duży gracz na rynku.

— BMC dało technologię, a jej prezes Tetsuo Yamada nauczył nas biznesu. Potem żałował — mówi Łatka.

Początkowo Optimus IC produkował kasy na japońskiej licencji. Po dwóch latach współpracy firma postanowiła spróbować sama.

— Japończycy nie wierzyli, że nam się uda. Yamada nawet założył się z Kluską o to, kto pierwszy zbuduje najmniejszą kasę fiskalną na świecie. Obaj są bardzo ambitni, więc rywalizację potraktowali poważnie — mówi Łatka.

Polak górą

Yamada przegrał zakład. Polska kasa Bravo powstała szybciej i przypominała przenośne radio, japońska — robot kuchenny. Po tej porażce Japończycy wycofali się z Polski, a Optimus IC został głównym graczem.

— Od tego czasu co roku wypuszczamy nowy produkt. Już nie tylko kasy czy drukarki fiskalne, choć to wciąż 60 procent przychodów Novitusa. A reszta? W sumie prawie 40 urządzeń wspomagających handel: od elektronicznych wag po czytniki kodów kreskowych czy kart kredytowych — opisuje Łatka.

— W Polsce działa już 1,2 mln urządzeń fiskalnych. Popyt na nie w kolejnych latach szacujemy na 125-140 tys. sztuk rocznie. „Rynek odtworzeniowy” (po 5 latach zapełnia się pamięć fiskalna w kasie i trzeba ją wymienić), z którym wiążemy największe nadzieje, to około 100 tys. rok w rok. Nasz udział w rynku wynosi 24 proc., planujemy 30 proc. W rynku wag elektronicznych — sięga 16 proc., a urządzeń automatycznej identyfikacji — 19 proc. — wylicza Jarosław Wilk, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu.

Novitus ma technologię, którą może wykorzystać nie tylko w handlu. Łakomym okiem zerka na banki, administrację, przemysł, logistykę. Ktoś zapyta: skąd pieniądze na nowe inwestycje?

Firma nie musi brać kredytów — ma własne środki. Rzadkość.

A na co przeznaczy pieniądze z emisji?

— Nie ujrzymy z nich ani grosza. To specyficzna oferta, pieniądze idą do jednego z dwóch naszych udziałowców — BRE Banku, który pod dwóch latach zdecydował się za pośrednictwem giełdy sprzedać 65 proc. swoich udziałów w naszej firmie — mówi prezes Łatka.

Jaka będzie struktura akcjonariatu?

— BRE pozostanie przy 25 proc., drugi udziałowiec, czyli 10 naszych menedżerów — przy 7 proc. To dobry układ, dający szansę na znalezienie inwestora branżowego i dalszy rozwój — twierdzi prezes.

Fabryka w naparstku

Polskie kasy fiskalne są sprzymierzeńcem nie tylko polskiego fiskusa. Działają na Litwie, Ukrainie i Słowacji, w Rumunii, Grecji, a nawet… Kenii i Wenezueli.

— Przymierzaliśmy się do Argentyny, ale mieliśmy pecha: państwo „zbankrutowało”. Eksport urządzeń fiskalnych i samochodów czy pralek różnią się między sobą. Wpierw badaliśmy systemy prawne w tych krajach, potem skroiliśmy ofertę pod ich kątem — tłumaczy Wilk.

Novitus od kuchni? Wilk prowadzi „na produkcję”. No, zobaczmy, co rzuciło Japończyków na kolana.

— Media twierdzą, że jesteśmy najbardziej efektywną firmą w branży IT. 145 ludzi wypracowuje największy zysk „na głowę” — mówi dyrektor.

Po chwili jesteśmy w niedużym pomieszczeniu, nie większym od średnich rozmiarów apartamentu. Wokół kilkunastu facetów w niebieskich fartuchach skręca, składa, wpasowuje, mierzy, znakuje, pakuje. Na kilku sporych regałach stoją kasy fiskalne, terminale, czytniki i drukarki. Dwie małe taśmy, po których jadą montowane urządzenia, to jedyny element industrialny. Pierwsze wrażenie: punkt serwisowy, a nie największa fabryka urządzeń fiskalnych w Polsce, czwartego gracza w branży IT (producentów urządzeń elektronicznych). Co najwyżej: manufaktura.

I to wszystko? A gdzie produkcja, gdzie kontrola jakości... Gdzie fabryka?

— To jest fabryka! Tak wygląda serce nowoczesnej firmy IT, której działalność oparta jest na outsourcingu. Tu jedynie składamy elementy w całość. I sprawdzamy. Kontrola jakości odbywa się nietypowo, bo większość urządzeń testuje się sama.

Jasne, a świstaki pakują je do pudełek!

— Nie żartuję, proszę zobaczyć — prezes podchodzi do regału z rzędem pracujących kas fiskalnych.

Z każdej wysuwa się papierowa taśma z szeregami cyferek i liter, parametrów. W ciągu dnia każda zużyje dwie rolki, zanim trafi do pudełka. Gdy specjalny program wykryje błąd, drukuje ostrzeżenie. Kontrola jakości to najważniejszy etap produkcji, bo program jest sercem kasy, które steruje wszystkimi procesami. Gdy zawiedzie, rodzą się kłopoty.

To ważne. W końcu jest strażnikiem fiskusa.