Zakłócenia na łączach

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-07-03 00:00

Niemcy chyba odetchnęli, przekazując Portugalczykom martwienie się o losy konferencji międzyrządowej, która zainauguruje swoje prace 23 lipca. Im dalej od triumfalnego zakończenia szczytu w Brukseli, tym bardziej się okazuje, że tamto wspólne zwycięstwo — nie wiadomo, nad jakim wrogiem — ma wielu ojców.

Niezależnie od spokoju czy dramatyzmu, szczyty Rady Europejskiej w Brukseli kończą się w identyczny sposób — mniej więcej w tym samym czasie wszystkie delegacje odbywają końcowe konferencje prasowe, informując własne społeczeństwa, jakież tam osiągnęły przewagi. Owego puszenia się polityków nikt nie potrafi ogarnąć i na bieżąco skonfrontować. W takiej chwili Unia Europejska mówi wszystkimi językami, ale nie we wszystkich to samo. Dokładnie ten mechanizm zadziałał również o piątej rano w sobotę 23 czerwca.

Podaję te okoliczności, żeby uzmysłowić, że narastające obecnie różnice w interpretacji mandatu konferencji międzyrządowej mają źródła częściowo obiektywne, w samej metodologii nerwowych obrad. Do tego jeszcze dochodzi tak prozaiczna okoliczność, że na przykład prezydent Lech Kaczyński pracował niemal jednocześnie aż z trzema tłumaczkami na trzech językowych frontach: angielskim, francuskim i niemieckim. I wcale nie jest wykluczone, że, powiedzmy, prezydent Nicolas Sarkozy kiwnął głową na tzw. wzmocnioną Joaninę (czyli pewne formalne zabezpieczenia dla słabszych przy podejmowaniu decyzji po roku 2017), ale potem polska delegacja nie uzgodniła tego podczas spisywania postanowień szczytu przez prezydencję niemiecką.

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso głośno się dziwi, że przecież prezydent Lech Kaczyński był w Brukseli i chyba wie, na co się zgodził. W tym sęk, że realnym decydentem okazał się zdalnie sterujący z Warszawy premier Jarosław Kaczyński — i było to całkowicie zgodne z obowiązującym w Polsce od kilkunastu lat podziałem kompetencji między ośrodkami władzy wykonawczej. Ale efekt jest taki, że Portugalczycy od pierwszych godzin zamiast snuć świetlane wizje prezydencji zachodzą w głowę, co „ta Polska” znowu zechce wykombinować i czy podważy ustalenia szczytu.

Już w komentarzu sprzed tygodnia przewidzieliśmy te zakłócenia na łączach, zamieszczając zaraz po szczycie zdjęcie happeningu z Brukseli, którego autorzy przedstawili głowy państw i szefów rządów jako ludzi nie umiejących słuchać innych (patrz reprodukcja poniżej). Przez krótką chwilę wydawało się, że owi prześmiewcy nie mieli racji — ale sytuacja wróciła do normy.

Jacek Zalewski