Zakupy już nie sąpolisą na kryzys

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2012-12-03 00:00

Przez dwie dekady silna skłonność Polaków do „posiadania” chroniła gospodarkę przed wstrząsami. Już nie będzie

Spowolnienie gospodarcze przybiera na sile. W trzecim kwartale dynamika PKB spowolniła z 2,3 do 1,4 proc., co oznacza, że koniunktura w Polsce jest najsłabsza od drugiego kwartału 2012 r. Nasza gospodarka hamuje równie gwałtownie, jak w pierwszej fali kryzysu, tej z przełomu 2008 i 2009 r. Dlaczego tak się dzieje, skoro tamta fala miała na świecie znacznie większą siłę? Jak tłumaczą ekonomiści, w Polskiej gospodarce przestał działać mechanizm stabilizacyjny, jakim była dotychczas silna konsumpcja odporna na zagraniczne wstrząsy.

None
None

Wyjątkowa sytuacja

Jak podał GUS, w trzecim kwartale 2012 r. wydatki konsumpcyjne statystycznego Kowalskiego wzrosły tylko o symboliczne 0,1 proc. (rok do roku). To najgorszy wynik przynajmniej od 1995 r., kiedy GUS zaczął zbierać te dane. Zawsze, nawet w czasie największych światowych kryzysów gospodarczych, Polacy zwiększali kwoty wydawane w sklepach. Tym razem sytuacja jest wyjątkowa — gospodarstwa domowe wystraszyły się kryzysu i przestały zwiększać wydatki na konsumpcję.

— W kolejnych kwartałach możemy zobaczyć nawet ujemną dynamikę spożycia indywidualnego. Dane GUS za trzeci kwartałobalają mit o silnej polskiej konsumpcji — mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. Bezpośrednia przyczyna spadku popytu to słaba sytuacja na rynku pracy.

— W ostatnich miesiącach wynagrodzenia w Polsce realnie — po uwzględnieniu inflacji — kurczyły się. Ponadto Polacy nie oszczędzają, a na rynku kredytów konsumpcyjnych panuje stagnacja — wylicza Ernest Pytlarczyk.

Minusy normalności

Jednak również w poprzednich kryzysach ostatnich dwóch dekad sytuacja na rynku pracy w Polsce znacząco się pogarszała. Bezrobocie rosło często jeszcze szybciej niż teraz, a dynamika wynagrodzeń była zbliżona do obecnej. Mimo to konsumpcja w kraju cały czas utrzymywała przyzwoitą dynamikę. Czemu już tak nie jest? Jak tłumaczą ekonomiści, stajemy się po prostu dojrzałą gospodarką.

— Przemiany ustrojowe sprzed dwóch dekad sprawiły, że polskie gospodarstwa domowe zaczęły dynamicznie zwiększać konsumpcję. Pod względem dostępu do dóbr konsumpcyjnych miały ogromne zapóźnienie w porównaniu z Zachodem i stosunkowo łatwo było tę przepaść zasypywać — tłumaczy Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK. Pojedyncze zakupy, np. kupno samochodu, dobrej lodówki czy dużego telewizora, znacząco podnosiły poziom życia obywateli. Roczne przyrosty konsumpcji były więc spore, co ratowało naszą gospodarkę w czasie kryzysów na świecie. Z każdym rokiem ta przepaść do Zachodu jednak się zmniejsza, przez co skłonność Polaków do stałego zwiększania wydatków na konsumpcję spada.

— To normalne zjawisko, że im bardziej zbliżamy się do bogatszych krajów, tym ten proces doganiania jest wolniejszy — tłumaczy Tomasz Kaczor.

Konsumpcyjny amortyzator gospodarki jest więc coraz mniej skuteczny. Z drugiej jednak strony, jako społeczeństwo po prostu normalniejemy — w czasie kryzysu zmniejszamy wydatki na konsumpcję, a w czasie silnej koniunktury je zwiększamy.

Na łasce eksportu

Polska gospodarka w ostatnich kwartałach straciła dwa z trzech motorów: najpierw wyhamowały inwestycje, a teraz słabnie konsumpcja. To, że nie jesteśmy obecnie w recesji, zawdzięczamy już tylko handlowi zagranicznemu. W dwóch ostatnich kwartałach pojawiło się bardzo rzadkie w polskiej gospodarce zjawisko, jakim jest dodatnie saldo wymiany handlowej. W III kw. 2012 r. eksport wyniósł 184 mld zł, a import 180 mld zł. Towary z zagranicy nie wypierają wreszcie polskiej produkcji, co podtrzymuje nasz wzrost gospodarczy. Rodzi to jednak też ryzyko. Jeśli popyt zagraniczny osłabnie i przewaga eksportu nad importem zniknie, wyłączy się ostatni motor gospodarki i może pojawić się recesja.