Reakcja społeczna po tym wydarzeniu wskazuje, że skokowo wręcz wzrosły jego szanse na zostanie 47. prezydentem (dwie kadencje w odstępie czasowym numeruje się odrębnie) w wyborach 5 listopada. Demokratyczne stany tzw. niebieskie nad wybrzeżami oceanów naturalnie zagłosują na Josepha Bidena, wynik w republikańskich czerwonych był i jest oczywistością, zaś pierwsze sondaże potwierdzają, że Donald Trump zbierze głosy elektorskie również z grupy stanów tzw. swingujących i wygra tym razem bez wątpliwości. Możliwy jest wynik podobny do uzyskanego w 2016 r. – 304:227. Notabene wtedy Hillary Clinton sumarycznie w USA uzyskała aż o 2,9 mln głosów więcej, ale decyduje cząstkowe rozbicie rezultatów na poszczególne stany.
Pensylwania jest jednym z ważnych stanów wahliwych i właśnie o jej zdobycie ubiegał się na wiecu Donald Trump. Efekt osiągnął w trybie szokującym – kadry, w których podnosi pięść w geście walki, a jednocześnie krew z ucha spływa mu po twarzy zapiszą się w historii USA i w ogóle światowej polityki. Zamach automatycznie zawsze pomaga osobie, która przetrwa. 78-letni Donald Trump potwierdził swoją żywotność oraz wewnętrzną siłę, wizerunkowo bijąc pośrednio na głowę mylącego publicznie osoby i fakty prawie 82-letniego Josepha Bidena. Zastrzelony przez policję sprawca, 20-letni Thomas Matthew Crooks, w pewnym sensie – chociaż zabrzmi to obrazoburczo – wbrew swoim morderczym intencjom wykonał zatem specyficzną usługę wyborczą na rzecz niedoszłej ofiary. Uczestnicy wiecu żegnali draśniętego Donalda Trumpa rytmicznym skandowaniem „USA!”, które natychmiast przeniosło się przed miliony telewizorów w całym kraju. Rozpoczynająca się w poniedziałek w Milwaukee konwencja wyborcza Republikanów będzie gigantycznym triumfem Donalda Trumpa, wobec którego nie będzie miało znaczenia ogłoszenie przez sędziego wymiaru kary po skazaniu go przez przysięgłych za 34 fałszerstwa w dokumentach finansowych.
Okoliczności sobotniego zamachu oczywiście kompromitują Secret Service oraz lokalną policję. Thomas Crooks strzelał dość chaotycznie z dachu budynku przemysłowego odległego od wyborczej sceny o około 120 metrów. Zanim zginął od policyjnej kuli i zabrał swoje motywy do grobu, zabił jednego z uczestników wiecu, zaś kilku ranił. Jest rzeczą wręcz niepojętą, jak w ogóle mógł się znaleźć w miejscu tak dogodnym do dokonania zamachu, przecież otoczenie wszelkich imprez masowych – a już zwłaszcza politycznych – podlega ostrej kontroli. Tym bardziej, że Donaldowi Trumpowi przysługuje przecież szczególna ochrona federalna nie jako kandydatowi, lecz jako byłemu prezydentowi. Notabene uczestnicy wiecu naturalnie widzieli na dachu podejrzanego osobnika i wskazywali go policji na kilka minut przed oddaniem przez niego strzałów, ale zdążył swój plan zrealizować – chociaż nieskutecznie.
Dramat w Butler automatycznie przywołał wspomnienia innych słynnych amerykańskich zamachów. Ze względu na odległość i użycie przez sprawcę karabinu najbardziej kojarzy się oczywiście z zabiciem prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego w 1963 r. w Dallas, gdzie z okna wysokiego budynku strzelał do odkrytej limuzyny Lee Harvey Oswald – przy czym nigdy nie ustalono na pewno, czy tylko on. Z kolei w 1968 r. w motelu w Memphis wynajęty zamachowiec James Earl Ray również z odległości zastrzelił pastora Martina Luthera Kinga. Inne zamachy w naszej epoce, które doszły do skutku wobec urzędujących prezydentów USA – dwa nieskuteczne na Geralda Forda oraz ciężkie ranienie Ronalda Reagana – dokonywane były bronią krótką z bliska. Oczywiście istnieje ciemna liczba zamachów udaremnionych, a także wielokrotnie większa jedynie planowanych.
