Realne zaistnienie w Polsce apolitycznej służby cywilnej wydaje się niemożliwe. Dziesięć lat temu rząd Jerzego Buzka teoretycznie ją utworzył, ale każda następna ekipa odczuwa związanie rąk i szuka obejść. Z rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej zapamiętałem, że cała wyższa administracja — na poziomie dyrektorów departamentów — była "pełniącą obowiązki". Prawo i Sprawiedliwość nie zachowało nawet takich pozorów — uchwaliło własną ustawę o służbie cywilnej, a dla wybrańców drugą, o tzw. państwowym zasobie kadrowym. Tę z kolei musi obecnie naginać Platforma Obywatelska, której dyrektorzy są nie "p.o.", lecz "kierującymi".
Najwyższy czas pogodzić się ze zjawiskiem, że w Polsce na poziomie dyrektorów departamentów o służbie cywilnej nie może być mowy — wszak o obsadzie tego szczebla decydują polityczni ministrowie i wiceministrowie. Ustawy okazują się na tyle nieszczelne, że dla "słusznych" kadr zawsze znajdują się w nich furtki. Absolutnie nadrzędne staje się niepisane tzw. prawo do dobierania sobie współpracowników.
Nowością obecnej sytuacji jest teza polityków PO — wczoraj powtórzył ją Grzegorz Dolniak, wiceszef klubu — że powoływanie najwyższych urzędniczych kadr może nie jest zgodne z ustawą o państwowym zasobie kadrowym, ale wychodzi naprzeciw ustawie tenże zasób likwidującej, znajdującej się dopiero w fazie projektu. To rozumowanie zdumiewające, jeśli weźmie się pod uwagę dotychczasową nieskuteczność legislacyjną rządu. Uwzględniając opór opozycji oraz prezydenta — nowej ustawie kadrowej do druku w Dzienniku Ustaw bardzo daleko.
Jacek Zalewski