Zaostrza się spór o unijne pieniądze

Mira Wszelaka
opublikowano: 2004-08-30 00:00

Walka o wielkość budżetu UE rozegra się między starymi jej członkami. Polska powinna bardziej skupić się na uzdrowieniu własnej gospodarki.

Zaraz po wakacjach ruszą targi o to, kto ile będzie wpłacał do budżetu Unii po 2006 r. Wszystko jednak wskazuje na to, że batalia o procenty rozegra w gronie starych członków Unii, a nie — jak wcześniej przewidywano — między starą „piętnastką” a nową „dziesiątką”. Taki scenariusz kreślą urzędnicy Uni, i w tym José Manuel Durao Barosso, nowy przewodniczący Komisji Europejskiej (KE), oraz Michaele Schreyer, komisarz ds. budżetu.

Odrobić lekcję

Ekonomiści zalecają rządowi określenie rzeczywistych interesów naszego kraju i zajęcie stanowiska. Ich zdaniem, nie warto umierać za budżetowe procenty z UE, zwłaszcza że nie wiadomo, jak Polska poradzi sobie z absorpcją (zarówno wielkością, jak i jakością), a nikt nas nie zwolni z płacenia składek do unijnego budżetu.

Bogactwa kraju nie można budować na dotacjach unijnych. To byłby czysty anachronizm. Polsce potrzebne są odważne zmiany w budowie konkurencyjnej gospodarki, a tę lekcję musimy odrobić sami. Na razie Warszawa komentuje propozycję KE w sposób bardzo wyważony.

Najtrudniej do wyższej składki będzie przekonać KE Berlin, choć i z Londynem, który ma utracić tzw. rabat brytyjski (obniżoną składkę wynegocjowaną jeszcze przez Margaret Thatcher, na którą składają się pozostałe kraje), nie będzie łatwo.

Gerhard Schröder, kanclerz Niemiec, już zapowiada, że utrąci propozycje KE określające unijną składkę na poziomie 1,14 PKB, zgadzając się co najwyżej na 1 proc. PKB. Nie przekonuje go nawet kasacja brytyjskiej ulgi, o co walczył wspólnie ze Szwedami i Holendrami. Według szacunków KE, wskutek zniesienia dotychczasowej specjalnej ulgi dla Wielkiej Brytanii będzie ona nadpłacała w latach 2008-13 średnio 0,46 proc. swojego DNB, zamiast dotychczasowych 0,25 proc.

Główną linią obrony kanclerza jest chęć zbicia deficytu budżetowego do poziomu wyznaczonego traktatem z Maastricht (dla krajów strefy euro). Tego, jego zdaniem, nie da się uczynić zwiększając wydatki Unii.

Spór o daninę

Michaele Schreyer, mimo że piastowane stanowisko zachowa jedynie do końca października, nie składa broni. Sama będąc Niemką ostrzega rząd w Berlinie przed oszczędnościowymi zakusami.

— Wpłaty netto Niemiec do unijnego budżetu gwałtownie się skurczyły i wyniosły w 2002 r. około 5 mld EUR, czyli połowę tego, co wpłacały w latach 90. — podkreśla Michaele Schreyer.

Jej zdaniem, jeżeli wpływy do unijnej kasy zostaną zredukowane do 1 proc. PKB, to trzeba jasno powiedzieć, z jakich inwestycji zrezygnujemy, bo wyznaczanie nowych zadań i celów, a później szukanie środków na ich finansowanie nie sprawdza się na poziomie Unii.

Na gorącym fotelu komisarza ds. budżetowych od 1 listopada zasiądzie Dalia Grybauskaite, Litwinka, która w swoim kraju piastowała stanowisko ministra finansów. W boju o utrzymanie dotychczasowych propozycji KE może liczyć na Portugalczyka José Manuel Durao Barosso, jej nowego przewodniczącego.