Zaplanowane szaleństwo

Robert Korzeniowski
opublikowano: 30-03-2007, 00:00

Pracoholizm oddala od sukcesu. Sportowcom wydaje się, że każdy kilometr na treningu przybliży ich do medalu. A biznesmeni się łudzą, że dodatkowych kilka godzin z laptopem zbliży ich do sukcesu finansowego.

Na co dzień praca sportowca przypomina zwykłe rzemiosło: ciężkie, monotonne, powtarzalne działania. Pożądany efekt końcowy nie przychodzi automatycznie. Nie ma „sprawiedliwości”: ktoś więcej pracuje, to i zbiera laury. Na zawodach można nie mieć dobrego dnia lub mieć pecha. I koniec: kilka miesięcy ciężkiej orki na marne.

Podobnie w biznesie.Tysiąc osób wykonuje tę samą pracę, lecz tylko nieliczni odniosą niekłamany sukces. By tak było, trzeba wygrywać każdy dzień. Medal dla sportowców czy sukces finansowy dla biznesmena jest jedynie kresem pewnego etapu, ważnego celu pośredniego. Ale bez etapów pośrednich nie doceni się wagi finalnego sukcesu.

Co to znaczy wygrać dzień? Perfekcyjnie wykonywać zadanie. Wchodzi w to również rachunek zadań niewykonanych — i rozliczonych przed samym sobą na koniec dnia. Brzmi banalnie — ale działa! No i trzeba zrobić wszystko, by dany dzień był moim dniem, a nie cudzym. Jeżeli wykonuję polecenie automatycznie — bez świadomości, co tak naprawdę robię — no to jestem na dobrej drodze, by dzień przegrać. W treningach sukces jednego dnia buduje sukces dnia następnego: stwarzamy przecież podstawy, by osiągnąć sukces etapowy.

W sporcie, w biznesie liczy się każdy element układanki. Wielokrotnie tłumaczyłem zawodnikom: jeżeli myślisz, że akcentując jedynie te szczegóły, które wydają ci się najistotniejsze, zostaniesz mistrzem — to się grubo mylisz. Wszystko ma znaczenie. Również wypoczynek. Ilu biznesmenów potrafi dziś odnieść „sukces urlopowy”? Panuje epidemia popadania w pracoholizm. I w biznesie, i w sporcie. Każdy dodatkowy kilometr czy godzina z laptopem wydaje się przybliżać do sukcesu. Nic bardziej błędnego! Jeżeli moja praca kolejny raz zmierza do specyficznego zapętlenia: przestaję liczyć dni i godziny, to znaczy, że mam problem sam ze sobą. Ale jeżeli spokojnie potrafię zasnąć i wymazać obrazy z pracy przed snem, to nie jest najgorzej.

W treningu, jak i w biznesie, trzeba rozsądnie gospodarować siłami. Bardzo trudne. Mnie w nowej pracy w TVP udało się to dopiero po dwóch latach. Nic nie jest dane, więc musiałem wypracować formułę, która pozwoli mi spokojnie wyjechać na urlop.

„Małe zaplanowane szaleństwa” i urlopy — wcześniej, w sporcie — też miały sens. Pozwalały na „zresetowanie się” fizyczne i psychiczne. Na przykład przed startem na olimpiadzie w Sydney pojechałem odwiedzić przyjaciół. Albo w La CoruĖa podczas Grand Prix, kiedy to dzień przed startem poszedłem do teatru... Nie dlatego, że wystawiano tam sztukę, którą chciałem koniecznie zobaczyć. Po prostu: musiałem się odprężyć.

Sukces jest w głowie i wynika również z poczucia własnej wartości. I zaufania do siebie. Trzeba przyznać się do tego, że nasz organizm i umysł ma swoje niezmienne potrzeby — niezależnie od tego, co chcemy osiągnąć. Wówczas będziemy skuteczni. Jeżeli przewidujemy, że dochodzimy do szczytu swoich sił, że będziemy niebawem bardzo zmęczeni, to trzeba zafundować sobie coś miłego, co oderwie nas od stresu. Nawet jeżeli gonią nas „bardzo wielkie sprawy” i stoi przed nami ogromne wyzwanie. Jeśli człowiek pozna siebie, własne możliwości i ograniczenia, może z tej wiedzy uczynić skuteczną broń. Łatwiej wtedy wybrać właściwą drogę, uniknąć niebezpieczeństw i łatwiej też zrobić sobie dzień planowanego szaleństwa. Bo szaleństwo — moim zdaniem — musi być planowane. W sytuacji tak specyficznej jak igrzyska czy wielkie biznesowe wyzwania nie warto ryzykować nieplanowanym wyskokiem. Szaleństwo trzeba zaplanować, by miało sens.

Ważny jest też dystans — do siebie, do własnych osiągnięć. Jak go stymulować? Nie przeżywać „sukcesu treningowego”, lecz spokojnie przechodzić do kolejnego dnia. Nie podniecać się, że tymczasem inni osiągają sukcesy. Widać „mój czas na wygraną jeszcze nie nadszedł”. Uważnie słuchać informacji z rynku i nie panikować, kiedy są one bardzo pomyślne dla konkurencji. Skądś to znamy? Z biznesu?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu