ZARZĄD USTALA LIMITY NA AUTA
Samochody służbowe są mniej popularne w polskich firmach niż w zagranicznych
PRZYWIĄZANIE: Pracownik, który od początku angażuje się w wybór swojego służbowego samochodu, w przyszłości będzie o niego bardziej dbał — zapewnia Zbigniew Canowiecki, prezes Centrostalu. fot.R. Kwiatek
Posiadanie służbowego samochodu nie jest jeszcze w polskich firmach rozpowszechnione. Najczęściej korzystają z nich osoby, dla których auta są narzędziem pracy oraz kadra zarządzająca. Inaczej jest w przedsiębiorstwach z kapitałem zagranicznym.
Samochody służbowe nie są aż tak rozpowszechnione w polskich firmach, jak mogłoby się wydawać. Znacznie częściej korzystają z nich filie przedsiębiorstw zagranicznych.
— Polskie firmy są jeszcze zbyt biedne, by wydawać pieniądze na auta służbowe. Przedsiębiorstwa z kapitałem zagranicznym wchodzą na polski rynek i od razu kupują 50-100 samochodów dla pracowników. W rodzimych firmach samochód jest wciąż dobrem mało popularnym — twierdzi Zbigniew Canowiecki, prezes gdańskiego Centrostalu.
Raczej gotówka
Samochód służbowy jest niezbędny przede wszystkim tam, gdzie prowadzi się działalność handlową. Liczba aut firmowych jest zatem determinowana charakterem prowadzonej działalności.
— Z pojazdów służbowych korzystają w naszej firmie dyrektorzy, cały dział handlowy i część działu operacyjnego — zauważa Krzysztof Dąbrowski, dyrektor administracyjny Stolica Messenger Service.
Na zatrudnionych w firmie 365 pracowników przypada prawie 150 samochodów służbowych. Najwięcej jest Fordów i Fiatów. Należy jednak dodać, że wszyscy kurierzy poruszają się własnymi środkami transportu.
Większość firm kupuje samochody w pakietach, korzystając w ten sposób z oferowanych przez producentów rabatów.
— Korzystamy z leasingu operacyjnego. Negocjujemy stawkę za wynajem samochodów. Zawiera ona pełen komplet usług, koszt samego leasingu, obsługę techniczną, pełne ubezpieczenie — mówi Piotr Szymański, dyrektor ds. administracyjnych Pricewaterhouse-Coopers.
Dodaje, że w jego firmie kupowane są wyłącznie samochody nowe, a po dwóch latach użytkowania firma leasingowa wymienia je. Na blisko 1000 osób zatrudnionych w PricewaterhouseCoopers przypada 60 pojazdów służbowych, z czego 50 przypisanych jest do konkretnego pracownika, a z 10 korzysta cały dział. Firma używa aut typu kombi i van.
Innym sposobem pozyskiwania pojazdów służbowych jest ich zakup za gotówkę. Spora część firm decyduje się na tę właśnie formę.
— W wielu firmach popularny jest leasing operacyjny, który oprócz tego, że jest wygodny, przynosi ponadto korzyści podatkowe, a także ułatwia lepsze gospodarowanie pieniędzmi. Mimo wszystko firmy posiadające nadmiar gotówki wolą raczej pojazdy służbowe kupować niż brać je w leasing — twierdzi Grzegorz Zambrzycki, dyrektor finansowy Confex AB, firmy zajmującej się dystrybucją części samochodowych.
— Większość nabywanych przez nas pojazdów służbowych kupowana jest za gotówkę, niewielką część bierzemy w leasing. Oczywiście w grę wchodzą tylko samochody fabrycznie nowe — wyjaśnia Krzysztof Dąbrowski.
Dodaje, że po okresie eksploatacji w firmie, trwającym średnio 3 lata, samochody sprzedawane są pracownikom.
Polityka samochodowa
Dużym odsetkiem samochodów przypadających na jednego pracownika wyróżnia się Johnson & Johnson.
— Z pojazdów służbowych korzystają u nas prawie wszyscy pracownicy. Na około 400 pracowników przypada 370 samochodów. 90 proc. to Toyoty — twierdzi Michał Bąk, koordynator floty samochodowej w firmie Johnson & Johnson.
Pracownicy handlowi jeżdżą modelami Corolla, natomiast limit jednorazowego wydatku na samochód dla pracownika najwyższego szczebla to 130 tys. zł. Wymiany na nowe dokonuje się tu co 4 lata lub po przekroczeniu 150 tys. przebiegu. Prawo pierwokupu przysługuje pracownikowi. Jeśli pojazd nie zostanie sprzedany, firma organizuje wewnętrzny przetarg.
— Przyjęta przez nasz zarząd polityka samochodowa zakłada eksploatowanie pojazdów służbowych nie dłużej niż 3 lata lub do 140 tys. kilometrów przebiegu. Potem samochód zostaje sprzedany. Prawo wykupienia przypada najpierw pracownikowi, który używał go w pracy. Dzięki świadomości, że po okresie eksploatacji w firmie używany przez siebie pojazd będzie można wykupić pracownik bardziej o niego dba — zauważa Grzegorz Zambrzycki.
Rodzaj samochodu służbowego zależy oczywiście od zajmowanej przez pracownika pozycji w firmie.
— Reprezentanci handlowi jeżdżą samochodami o wartości nie przekraczającej 45 tys. zł. Są to najczęściej Ople Astry, Toyoty Corolle i Peugeoty 306 — mówi Grzegorz Zambrzycki.
W firmie obowiązują oczywiście pułapy cenowe. Dyrektorom regionalnym przysługują auta o wartości nie przekraczającej 65 tys. zł, dyrektorom regionalnym ds. handlu — 85 tys. zł. Zarząd jeździ samochodami w cenie od 100 do 130 tys. zł, a prezes pojazdem za około 200 tys. zł. Z reguły jeden samochód przysługuje jednemu pracownikowi, choć jest też pula samochodów ogólnodostępnych.
Zdaniem Michała Bąka, najlepiej w pracy sprawdza się Toyota.
— Na wybór tej marki wpływ miała w największym stopniu jej bezawaryjność. Ta cecha jest dla nas ważniejsza od upustów, które i tak oferowane są przez większość producentów i dealerów — zauważa Michał Bąk.
Nowy pomysł
Na mało popularny pomysł wpadł zarząd Centrostalu.
— Nie wybieramy pojazdów naszym pracownikom. To oni sami decydują, jakim samochodem będą jeździć. Dzięki temu sami interesują się wszystkimi sprawami związanymi z zakupem — zabiegają o rabaty, sami negocjują warunki sprzedaży, a w dalszej perspektywie w pewien sposób identyfikują się z samochodem, dzięki czemu bardziej o niego dbają — tłumaczy prezes Canowiecki.
W Centrostalu także obowiązują limity wydatków na pojazdy służbowe dla pracowników poszczególnych szczebli. I tak handlowcom przysługuje kwota do 35 tys. zł, dyrektorom działów do 55 tys. zł, a dyrektorom pionów do 85 tys. zł. Ograniczenia nie są nakładane na członków zarządu, gdyż to oni właśnie uchwalają każdorazowo limity wydatków na samochody dla siebie.
Bartosz Krzyżaniak