Zarządzający także muszą z czegoś żyć

(Marek Druś)
opublikowano: 07-10-2005, 07:21

Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie ekstrazysków i familijnego obrotu giełdowymi akcjami. Dziś kolejna odsłona serialu „Pulsu Biznesu” o prywatnych interesach na koszt emerytów, gwałtownych wzrostach kursów, powiązaniach budzących ogromne wątpliwości. Serialu o „grupie trzymającej giełdę”.

Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie ekstrazysków i familijnego obrotu giełdowymi akcjami. Dziś kolejna odsłona serialu „Pulsu Biznesu” o prywatnych interesach na koszt emerytów, gwałtownych wzrostach kursów, powiązaniach budzących ogromne wątpliwości. Serialu o „grupie trzymającej giełdę”.

Czy w latach 1999–2000 przy warszawskiej giełdzie powstała „spółdzielnia” zarządzających, doradców i współpracowników związanych z funduszami prestiżowej grupy Credit Suisse (w tym OFE Winterthur, późniejszego Credit Suisse Life & Pensions) oraz XI NFI (w marcu 2000 r. zmienił nazwę na NFI Jupiter)?

Takie podejrzenia miała w 2002 r. Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (KPWiG). Odkryła, że kilku wpływowych menedżerów dokonywało niekorzystnych dla funduszy transakcji (m.in. odkupywali oni akcje „na górce”, czyli po wysokich cenach, od żon zarządzających). O kilku wątkach skierowanej do prokuratury sprawy napisała „Rzeczpospolita”. Śledztwo bez rozgłosu umorzono, media zaś straciły zainteresowanie. Ale nie my.

Są dwa poważne preteksty, by do tej historii powrócić — prokuratura po trzech latach wznowiła śledztwo przeciw domniemanej „spółdzielni”, a w redakcji „PB” pojawił się Lech Gizelbach, olsztyński przedsiębiorca, który twierdzi, że dokładnie ta sama grupa osób w 2000 r. proponowała jego spółce Legiz wprowadzenie na giełdę w zamian za „podzielenie się” akcjami. Według przedsiębiorcy zarządzający mieli chwalić się „układami”, działaniem w grupie inwestorów instytucjonalnych i prywatnych oraz podawać przykłady spółek, którym — „dzięki nim” — już się udało.

— Nie zgodziłem się na „podział”, więc przerwali inwestycję i doprowadzili moje spółki do bankructwa — twierdzi biznesmen.

Obwiniani odpierają zarzuty: Gizelbach kłamie, to niezły wizjoner, ale bez praktycznych zdolności w codziennym zarządzaniu — sam doprowadził się do ruiny. Po prostu: „niewiarygodny bankrut”. Jak jednak wytłumaczą ryzykowne i niestandardowe decyzje inwestycyjne, siatkę powiązań i udział prywatnych osób w transakcjach?

Zyski dla wybranych

Recepta „spółdzielni” na spore i szybko zdobyte pieniądze miała wyglądać tak: doradcy lub zarządzający funduszami wyszukiwali niewielką spółkę niepubliczną, inwestowali w nią, „urabiali” zarząd, wprowadzali na giełdę, doprowadzali do wzrostu kursu, a kierowane przez nich fundusze odkupywały akcje od grupy „wybranych” po najwyższej cenie, dając szczęśliwcom sporo zarobić. W kilka dni, czasem w kilkanaście minut, „wybrani” mieli możliwość powiększyć zasobność kont o tysiące, a nawet miliony złotych.

Taki scenariusz mógł się zdarzyć — podejrzewała KPWiG —m.in. w przypadku Instalu Kraków. W 2002 r. sprawa trafiła do warszawskiej prokuratury okręgowej.

Przed wejściem na giełdę Instal Kraków wyemitował trzy serie akcji, z których dwie transze — za 1 zł — objęli członkowie zarządu i „osoby ważne dla spółki”, jedną zaś — za 5 zł — przejął XI NFI (obecnie NFI Jupiter). Spółka zadebiutowała na GPW w kwietniu 1999 r., a jej kurs z 4,5 zł szybko wzrósł do pra- wie 10 zł (m.in. dzięki transakcjom ze spółką zależną NFI Jupiter oraz z udziałem samego funduszu).

I wówczas — „na górce” — NFI Jupiter i OFE Winterthur odkupiły akcje od żony Janusza Pałuckiego, wiceprezesa NFI Jupiter (która z kolei nabyła część akcji od żony Sławomira Gajewskiego, zarządzającego w PKO/Credit Suisse, czyli grupy OFE Winterthur), członków zarządu Instalu, rady nadzorczej, a także Andrzeja Kratiuka, znanego prawnika, który — pisała w 2002 r. „Rzeczpospolita” — prowadził wspólne interesy z Ireneuszem Nawrockim, prezesem NFI Jupiter, i zarabiał krocie na transakcjach giełdowych.

Potem wartość akcji Instalu Kraków mocno spadła (do 2,40 zł w 2003 r.); dziś kosztują około 7 zł.

Seria nadzwyczajnych zbiegów okoliczności?

Złoty interes w przypadku Instalu przyniósł „wybranym” po kilkaset tysięcy złotych na głowę.

Dowody wydawały się mocne, ale... prokuratura sprawę umorzyła, więc chyba należało przyjąć, że takie transakcje są legalne.

— W 2005 r. prokuratura apelacyjna nakazała jednak wznowienie śledztwa — mówi Maciej Kujawski, rzecznik prokuratury.

Tłumaczy, że śledztwo umorzono, gdyż biegły wycofał ekspertyzę, która wykazywała fakt manipulacji dokonywanej przez NFI Jupiter i OFE Winterthur. KPWiG jednak zaskarżyła decyzję i oto efekt.

Miliony w drobiu

Czy olsztyńska spółka Legiz, dawniej jeden z największych w Polsce hodowców indyków, miała być kolejnym Instalem Kraków? Nie wiadomo, bo nie udało się jej wejść na GPW. Ale w inwestycji funduszy w ten projekt roi się od niejasności i dziwnych zdarzeń.

W 2000 r. Legiz opracował projekt zintegrowanej produkcji indyczej, który wymagał 60 mln zł. Zainteresowało się nim kilku inwestorów z OFE Winterthur, funduszami PKO/Credit Suisse i NFI Jupiter na czele. Fundusze reprezentowali: Adam Chełchowski, Janusz Pałucki, Sławomir Gajewski i Grzegorz Stulgis.

Po kilku prezentacjach dla zarządzających funduszami do spółki trafili doradcy — Artur Luterek z Tauro Invest i Paweł Bala z ProCapital (później prezes Tauro Invest, a w końcu prezes Capital Partners). W czerwcu 2000 r. Legiz podpisał z Tauro Invest umowę na doradztwo w sprawie zdobycia kapitału i wprowadzenia spółki na giełdę. Pierwszy krok to emisja niepubliczna. Żeby mógł wziąć w niej udział OFE Winterthur, należało wyemitować obligacje zamienne na akcje (OFE nie mogą inwestować w akcje poza giełdą, mogą w dobrze zabezpieczone obligacje).

W końcu września 2000 r. spółka uchwaliła program emisji. Chciała uzyskać 30 mln zł, ale udało się jej zdobyć jedynie 15 mln zł, gdyż w ostatniej chwili zrezygnował NFI Jupiter.

„Wysoko oceniamy oczekiwane zyski płynące z inwestycji w oferowane obligacje zamienne. (…) Jednakże w chwili obecnej wstrzymaliśmy wszelkie nowe inwestycje, ponieważ zamierzamy zaangażować relatywnie duże środki w projekt związany z telefonią trzeciej generacji. (…) Zdajemy sobie sprawę z komplikacji, jakie mogą wyniknąć z nagłej zmiany naszych strategii inwestycyjnych, za co uprzejmie przepraszamy. (…) Powzięliśmy informację o planach emisji kolejnej transzy obligacji zamiennych przez spółkę Legiz. W związku z tym deklarujemy nasze zainteresowanie tą sprawą (…)” — tłumaczył Janusz Pałucki, wiceprezes NFI Jupiter, w liście do zarządu Legiza.

Obligacje objęły OFE Winterthur (800 sztuk), Skarbiec Obligacja (100), fundusze inwestycyjne PKO/Credit Suisse (500), dwie osoby prywatne (2 i 10), w tym jedna prawdopodobnie z rodziny pracownika funduszy, i Przedsiębiorstwo Hotelarsko-Turystyczne z Warszawy (100). Co ciekawe — obligacje OFE Winterthur były zabezpieczone, pozostałe — nie.

„Legiz był spółką innowacyjną, działającą przede wszystkim w sektorze biotechnologii, polegającej na reprodukcji i inkubacji piskląt indyczych (uruchomiła jedną z najnowocześniejszych wylęgarni w Europie), jako jedyna w Polsce posiadała w pełni zintegrowany cykl inkubacji w połączeniu z reprodukcją indyków Nicholas. Docelowym modelem działalności spółki było funkcjonowanie w zintegrowanym modelu produkcyjnym (na całą działalność składały się: produkcja karm o podwyższonym standardzie sanitarnym, produkcja jaj wylęgowych indyczych, lęgi piskląt, ubój)” — tłumaczy motywy inwestycji dział prasowy Credit Suisse Life & Pensions, podkreślając, że fundusz liczył na wysoką stopę zwrotu.

Legiz rozpoczął realizację programu inwestycyjnego. Nie dostał już jednak ani grosza od obligatariuszy. W 2001 r. pożyczył 20 mln zł z banków (obligacje komercyjne). Przeinwestował, nie był w stanie obsługiwać długu, stanął na skraju bankructwa. Osoby prywatne i PKO/Credit Suisse zostały spłacone. OFE Winterthur — obecny Credit Suisse Life & Pensions — do dziś nie odzyskał zainwestowanych 8 mln zł (wraz z odsetkami — ponad 10 mln zł).

Zdrowy Biznes
Bądź na bieżąco z informacjami dotyczącymi wpływu pandemii koronawirusa na biznes oraz programów pomocowych
ZAPISZ MNIE
×
Zdrowy Biznes
autor: Katarzyna Latek
Wysyłany nieregularnie
Katarzyna Latek
Bądź na bieżąco z informacjami dotyczącymi wpływu pandemii koronawirusa na biznes oraz programów pomocowych
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.

Tyle papierowe fakty.

Indyk umoczony w oleju

Dlaczego inwestycja się nie udała?

— Nie chciałem się podzielić i wejść w prywatny układ, który zaproponowano mi po pierwszej emisji — mówi wprost Lech Gizelbach.

„Nigdy nie proponowałem jakiejkolwiek osobie jakichkolwiek działań inwestycyjnych w zamian za korzyści majątkowe” — dementuje Adam Chełchowski, członek zarządu Credit Suisse Life & Pensions.

Dlaczego więc fundusze przerwały finansowanie?

„Wbrew uzgodnionym warunkom emisji, zarząd Legiz nie podjął skutecznych działań mających na celu wejście na giełdę, a także, w mojej ocenie, środki pozyskane z obligacji zostały wydane niezgodnie z przeznaczeniem opisanym w warunkach ich emisji, w szczególności na udzielenie pożyczki spółce zależnej Kompas” — twierdzi Adam Chełchowski.

Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego Kompas to spółka zależna Legiza, działała w branży… petrochemicznej (sprowadzała oleje bazowe do produkcji paliw ze Wschodu). Dziwna konfiguracja z indykami... Lech Gizelbach twierdzi, że to fundusze „kazały” mu kupić Kompas i wprowadzić go do Legiza, by poprawić wyniki spółki przed wejściem na giełdę.

— Zyski z programu inwestycyjnego w indyki mogły przyjść dopiero w 2002 r. Kompas miał podreperować wyniki, by zwiększyć wartość grupy na giełdzie. Ale to nie znaczy, że nie realizowaliśmy celów. Wszystkie inwestycje w nich wymienione zostały uruchomione — uzasadnia Lech Gizelbach.

Choć Adam Chełchowski zaprzecza, że mówił Gizelbachowi o oczekiwaniach co do Kompasu, dziwi przeniesienie jego własności na Legiz tuż przed emisją obligacji. Na dodatek w propozycji ich nabycia Legiz wyraźnie informował o spółce Kompas, inwestorzy nie mogli więc o niej nie wiedzieć. Finansowi mieli zresztą już we wrześniu w spółce prawnika Mariusza Olendra, szwagra Chełchowskiego (Olender potem został członkiem zarządu i pracownikiem kilku spółek, w które zainwestowała grupa Credit Suisse).

Jeden z niefortunnych inwestorów przyznał nam, że sugestia o wprowadzeniu Kompasu do Legiza wyszła z ich strony.

— Co nie oznacza, że coś kazaliśmy Gizelbachowi... Oczekiwaliśmy, że stworzy przejrzystą strukturę, aby zapewnić nam bezpieczeństwo inwestycji. Baliśmy się, że jeśli będzie utrzymywał jeszcze inny, prywatny biznes poza grupą, może dojść do sprzeniewierzenia środków. Swoją drogą: Kompas dobrze rokował. Dlatego zwróciliśmy uwagę Gizelbachowi, że skoro chce podzielić się z nami biznesem indyczym, to dlaczego nie paliwowym — twierdzi nasz rozmówca.

W 2001 r. Gizelbach zgłosił policji i prokuraturze sprawę wyprowadzania środków z Kompasa oraz podejrzenie fałszowania dokumentów przez jego byłych właścicieli. Podejrzewał, że Kompas został wmieszany w aferę tzw. mafii paliwowej. Twierdzi, że inwestorzy byli przeciwni powiadamianiu prokuratury, a po tym fakcie zaczęli uciekać z tonącego okrętu.

Kwestia wiarygodności

Staraliśmy się skontaktować ze wszystkimi osobami związanymi z inwestycją. Do części nie udało się dotrzeć, gdyż nie działają już na rynku i — jak widać — skutecznie chronią prywatność (Janusz Pałucki, Sławomir Gajewski), część nie chciała rozmawiać albo rozmawiała z zastrzeżeniem anonimowości, inni nie chcieli, by w ogóle „ich nazwiska były zamieszane w tę sprawę”.

Kontaktując się nieoficjalnie, nasi rozmówcy z kręgów finansowych starali się podważyć wiarygodność Lecha Gizelbacha. Twierdzili, że ma dobre pomysły, ale nie można „prowadzić z nim biznesu”, bo „buja w obłokach”. Zaznaczali, że był mocno zadłużony przed emisją obligacji, a problemy spółki nie zaczęły się od ich inwestycji. Jeden z finansistów wyjął z kieszeni kopię artykułu z dziennika „Echo Dnia” z sierpnia 2004 r., w którym Gizelbacha przedstawiono jako naciągacza, bezskutecznie usiłującego uruchomić w Stalowej Woli fabrykę metanolu za 60 mln EUR.

— Nie chcę stosować takich metod, ale proszę ocenić, czy można wierzyć takiemu człowiekowi... — tłumaczył finansista.

Gizelbach wciąż myśli o takim projekcie.

— Nikogo nie naciągałem. Nie pierwszy raz próbuje się mnie skompromitować. Ci ludzie (finansiści — przyp. red.) starali się już podważyć moją wiarygodność w bankach, odbierali mi projekty, przejmowali pracowników z moich firm i zakładali spółki zajmujące się bliźniaczą działalnością. Moje pomysły ktoś realizuje gdzie indziej... Czy dlatego są złe, niewiarygodne? — opowiada przedsiębiorca.

Zdaniem byłego pracownika funduszu Skarbiec, sprawa legizowych obligacji to „przekręt” i ktoś „powinien pójść za to siedzieć”: z Legiza wyprowadzano pieniądze, a pomagał w tym pracownik Amerbanku, który zaoferował Skarbcowi obligacje Legiza. Wkrótce został dyrektorem finansowym w Legizie. Gizelbach twierdzi, że osobę poleciły mu fundusze, a te zaprzeczają. Dawny pracownik Skarbca zapewnia, że nie miał pojęcia o powiązaniach personalnych, przejęciu spółki paliwowej tuż przed emisją i innych wątpliwościach. W końcu mówi:

— No dobrze, długo zastanawialiśmy się nad tą inwestycją, mieliśmy wątpliwości. To od początku wyglądało źle... Jedne obligacje zabezpieczone, drugie — nie... I spłata części obligacji: nie wiadomo, na jakich zasadach. Powinniśmy ścigać przestępstwa, ale Skarbiec zainwestował stosunkowo niewiele, szybko więc utworzyliśmy rezerwę, próba odzyskania pieniędzy byłaby czasochłonna, a efekt — mizerny.

Pytania bez odpowiedzi

„PB” nie zamierza oceniać ani wiarygodności przedsiębiorcy, ani zarządzających, lecz fakty. A tu pojawia się mnóstwo pytań o jakość i motywy decyzji inwestycyjnych. Trudno zrozumieć, dlaczego — skoro Gizelbach zainwestował pieniądze niezgodnie z celami emisji. — OFE Winterthur dopiero w 2002 r. zaczął się tym interesować (pytania o szczegóły projektu i propozycja niezależnego audytu). Dlaczego, mimo takich doświadczeń, zdecydował się na kolejną operację z Gizelbachem (w 2002 r. nabył obligacje spółki wydzielonej z Legiza — Ekoenergizu, za które kupiono obligacje Legiza)? Dlaczego, jeśli zarządzający OFE wiedzieli, że pieniądze z obligacji źle wydano, nie ścigali przestępstwa (za wydanie pieniędzy niezgodnie z celami emisji grozi 2 lata więzienia)? Czemu do dziś nie odzyskali środków? Skąd wzięły się powiązania personalne? Dlaczego inwestorzy finansowi dopuścili do udziału w obejmowaniu obligacji osoby prywatne i firmę hotelarską? Dlaczego — skoro Gizelbach był już zadłużony — fundusze w ogóle zainteresowały się ofertą? Wreszcie pytanie podstawowe: jakimi kryteriami kierował się OFE, obejmując obligacje spółki z „nieprzejrzystą strukturą”, którą niepodzielnie rządził rzekomo „niewiarygodny facet”? Tym bardziej że inwestycje OFE w obligacje zamienne poza giełdą należą do rzadkości.

Dużo pytań bez odpowiedzi. Na razie. 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: (Marek Druś)

Polecane