Zdobyliśmy pierwszy szczyt w drodze do UE

Mira Wszelaka
18-03-2002, 00:00

Połowiczny sukces. Tak można najkrócej określić to czym zakończył się dwudniowy szczyt Unii Europejskiej w Barcelonie, stolicy Katalonii. Zamiary przywódców „piętnastki” były dość ambitne, a receptą na zdynamizowanie unijnej gospodarki miało być większe otwarcie na konkurencję, poluzowanie reguł zatrudniania oraz liberalizacja rynków finansowych.

I na pierwszy rzut oka Unia Europejska zdała egzamin, bo we wszystkich kwestiach udało się wypracować kompromis. Nawet więcej, bo dodatkowo przyjęto całą listę zaleceń w dziedzinie zatrudnienia (stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego), edukacji (przeszkolenie informatyczne wszystkich bezrobotnych kobiet do 2007 roku) oraz nauki (do 2010 roku każdy kraj ma przeznaczać 3 proc. PKB na badania).

Taki obraz jest jednak zbyt optymistyczny. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach. Tym wyjątkiem jest m.in. liberalizacja energetyki, którą przed Barceloną Bruksela stawiała jako priorytet. Jedyny oponent liberalizacji rynku energii i gazu — Francja — zgodziła się jedynie na uwolnienie od początku 2004 roku dostaw energii dla odbiorców przemysłowych. To oczywiście dobra wiadomość dla unijnych podmiotów gospodarczych, które już niedługo będą mogły dowolnie wybierać dostawcę. Paryż zablokował jednak dalsze uwalnianie rynku co pozwoliło mu zachować w kraju dominującą pozycję EdF, państwowego monopolisty. Tak więc unijny Kowalski może być rozczarowany tym, że dzięki Francji jeszcze przez wiele lat za energię będzie musiał płacić drożej. W Barcelonie nie udało się nawet określić choćby odległej daty kiedy miałoby się to zmienić. Atmosferę szczytu popsuło również to, że nawet ten osiągnięty po długich targach częściowy energetyczny kompromis został okupiony obietnicą szybszej liberalizacji usług towarowych przewozów kolejowych, na czym zależało Francji.

Postanowienia szczytu z jednej strony okazały się sukcesem przewodniczącej w tym półroczu UE Hiszpanii, z drugiej zaś porażką Unii, która po raz kolejny okazała prawdziwe oblicze poligonu walki o własne interesy do złudzenia przypominającej corridę. Jedynym złagodzeniem tej oceny może być fakt zbliżających się m.in. we Francji wyborów.

Jak zwykle jednak osiągnięcia spotkania uznano jako sukces myślenia w kategoriach europejskich, a na wspólnej fotografii pamiątkowej już wszyscy mieli rozpromienione miny.

Z nieco większymi sukcesami wracali po pierwszym dniu szczytu delegaci państw kandydujących. Spotkanie w Barcelonie otworzył nowy rozdział w stosunkach „piętnastki” z państwami kandydującymi. Po raz pierwszy podczas tak ważnej imprezy aspiranci, a wśród nich delegacja z Warszawy, przekroczyli próg poczekalni i szerokim korytarzem weszli na unijne salony. Wszystkiemu sprzyjali zarówno Hiszpanie, gospodarze szczytu, którzy przygotowali dodatkowe spotkanie (drugie odbędzie się w czerwcu w Sewilli), jak i pogoda, która wyraźnie służyła kuluarowym rozmowom naszych dyplomatów. Duża różnica temperatur panująca między Warszawą i Barceloną sprawiła, że niektórzy z nich, sądząc z zachowania, poczuli się niemal jak na wakacjach.

Zaproszenie kandydatów na obrady szczytu w Hiszpanii miało przede wszystkim znaczenie symboliczne. Unia po raz pierwszy zmierzyła się z nowym żywiołem rozszerzonego grona, wysłając kolejny sygnał zachęty do dyskusji o wspólnej Europie. Tyle tylko, że jeszcze w Barcelonie trudno było mówić o dyskusji. Gdyby nie kuluarowe rozmowy o problemie ziemi w negocjacjach, to wymiana poglądów ograniczyłaby się do odczytania przez premierów krótkich okolicznościowych oficjałek. Wszystko wskazuje na to, że na udział w prawdziwej dyskusji kandydaci będą musieli jeszcze poczekać. Warto więc by ten czas dobrze wykorzystali.

Jak na razie egzamin zdaliśmy, jednak następny może być już nieco trudniejszy. Wtedy na pewno nie wystarczą ogólne zapewnienia o tym, że „rząd przyjął strategię gospodarczą, która zawiera elementy spójne z założeniami reform w Unii Europejskiej”, a Polska, która jeszcze niedawno występowała z wnioskiem o okres przejściowy na liberalizację rynku energii jest w pełni przygotowana na szybsze jego uwalnianie. Ze stolicy Katalonii krajowi dyplomaci nie wrócili z pustymi rękoma. Sąsiedztwo Wima Koka, premiera Holandii podczas uroczystego obiadu premier wykorzystał do rozmów w sprawie ziemi. Były też inne rozmowy m.in. z Tonym Blairem oraz Gerhardem Schroederem. Co prawda udało się uzyskać zapewnienie co do zgody całej Unii Europejskiej na polskie stanowisko w tej sprawie, jednak szczegóły techniczne mogą opóźnić zamknięcie rozdziału już 22 marca. Rząd jest niemal pewny, że się uda, bo jeżeli termin nie zostanie dotrzymany, to zakończenie rozmów na takich warunkach w przyszłości mogłoby zostać zagrożone nie tylko po stronie polskiej. Z Barcelony premier przywiózł również przekonanie, że mimo wielu nacisków politycznych w kraju Polska niemal na pewno 22 marca zakończy negocjacje na temat podatków.

Hiszpańskie spotkanie na szczycie miało dla nas jeszcze jeden dość pozytywny aspekt. Obecność flag kandydatów, w tym polskiej, obok tych z krajów członkowskich, wyrażała jedność Starego Kontynentu i nieuchronność procesu rozszerzenia. Unia powoli oswaja się z tym co ją czeka, a jej obywatele traktują nas już z nieco większym zrozumieniem.

Niewątpliwie z dużymi sukcesami ze szczytu w Barcelonie wrócą antyglobaliści, którym udało się skutecznie sparaliżować centrum miasta, zamieniając je w twierdzę. Nad bezpieczeństwem szefów państw i rządów krajów Unii Europejskiej oraz kandydatów czuwało ponad 8,5 tys. policjantów (w tym jednostki antyterrorystyczne), setki strażaków i lekarzy. Do konieczności mobilizacji takich sił organizatorzy kolejnych szczytów zdążyli się już jednak przyzwyczaić.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mira Wszelaka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Zdobyliśmy pierwszy szczyt w drodze do UE