Zegar zaczął tykać

Jacek Zalewski
opublikowano: 2006-02-01 00:00

Gdyby Prawo i Sprawiedliwość zdobyło 25 września w Sejmie taką większość, jaką ma w Senacie — bracia Kaczyńscy dysponowaliby władzą absolutną, a budowa IV Rzeczypospolitej przebiegałaby w warunkach politycznej stabilizacji. Całkowicie opanowany przez PiS Senat wczoraj przeprowadził budżetową kontrofensywę i zgodnie z dyrektywami jego przywódców w nocy naprawił skutki częściowej „demolki”, dokonanej 24 stycznia w Sejmie kilkoma „złośliwymi” głosowaniami opozycji. Od razu wtedy zapowiedział to premier Marcinkiewicz — a jego „słowo stało się ciałem” senackiej uchwały.

Prace nad budżetem w Senacie przebiegały — podobnie jak w Sejmie — pod ciśnieniem kalendarza. O północy upłynęły konstytucyjne cztery miesiące od wniesienia projektu budżetu przez Radę Ministrów, prezydent Lech Kaczyński dziś rano nie znalazł na biurku ustawy do podpisu — a zatem zaczął tykać zegar, odmierzający ewentualne przerwanie kadencji parlamentu. W sporze o datę — czy budżetową „deadline” wyznacza 31 stycznia, czy dopiero 19 lutego — od dawna opowiadamy się po stronie interpretacji prezydenta. Konstytucja nie pozostawia tu wątpliwości i powinna być odczytywana bezpośrednio, a dywagacje o tzw. dyskontynuacji ustawy budżetowej wydają się raczej przerostem prawniczej formy nad treścią. Zupełnie inną kwestią są natomiast terminowe „szelmostwa” marszałka Marka Jurka, dokonane — uwaga! — przy pełnym przyzwoleniu pięciu wicemarszałków! Prezydium Sejmu podjęło wszak 29 listopada uchwałę o harmonogramie prac nad budżetem bez głosu sprzeciwu. Jeśli byłoby inaczej, już wtedy opozycja podniosłaby zgiełk na cały Sejm i wszystkie media.

Ratio legis, czyli uzasadnieniem konstytucyjnego przepisu o czterech miesiącach, jest oczywiście dyscyplinowanie parlamentu, aby się nie lenił. Jednak z tego punktu widzenia posłom i senatorom nic nie można zarzucić. Mimo skandalicznych wręcz nocnych zajść w Sejmie, budżet posuwał się po legislacyjnej ścieżce dosyć szybko. Zatem zgodnie z duchem, a nie samą literą prawa, prezydent nie ma podstaw do rozwiązywania parlamentu — brakuje jeszcze tylko finalnego głosowania senackich poprawek w Sejmie i budżet już będzie. No tak, ale w tym wypadku decyzja głowy państwa zależy od zupełnie innych okoliczności...

Możesz zainteresować się również: