Złodzieje mieszkań

Jacek Konikowski
opublikowano: 31-03-2006, 00:00

Lokum w Warszawie, w prestiżowej dzielnicy? Za łapówkę można je mieć. Potem sprzedać. Czyli ukraść.

Saska Kępa. Niektórzy mówią o niej Wallywood, bo niegdyś mieszkała tu towarzyska śmietanka stolicy. Mimo upływu lat mieszkanie przy Francuskiej czy Berezyńskiej to nadal gratka. „Dobre adresy”. Chwali się nimi wielu VIP-ów, artystów, polityków. Licha kawalerka kosztuje krocie, większe mieszkanie — tyle co dom w Markach, cena domu jest zaś równie abstrakcyjna co maserati z kierowcą.

Nielegalnie

Wraz z urzędniczką tutejszego ADM wybraliśmy się na nietypową, krótką wycieczkę. Od ronda Waszyngtona ruszyliśmy Francuską. Po obu stronach stare, zatopione w zieleni domy. Mijamy willę w stylu Le Corbusiera, należącą zresztą do pewnego znanego architekta. Obok dom słynnej aktorki. Po chwili przystajemy pod numerem 11/15. Stary dom, pamiętający czasy budowniczych mostu Poniatowskiego.

— Tu są dwa mieszkania zajmowane nielegalnie: jedno na parterze, drugie na trzecim piętrze — tłumaczy, zerkając w plik kartek z adresami „lewych” mieszkań, Krystyna P. z Administracji Domów Mieszkalnych.

Nielegalnie?

— Czyli na sfałszowane skierowanie z gminy — precyzuje.

Naprzeciwko, w kamienicy nr 18, też jest taki lokal. Kilka numerów dalej — znów dwa.

— Przecznicę od nas — przy Jakubowskiej, Estońskiej i Łotewskiej, wiemy o — w sumie — pięciu podobnych lokalach — mówi urzędniczka.

Dochodzimy do placu Przymierza. Rzut oka na listę: widnieje jak byk — w okolicy ujawniono co najmniej dziesięć lewych mieszkań. Skręcamy w Zwycięzców (na liście sześć adresów). Spacerujemy jeszcze godzinę, przystając przed kilkunastoma kamienicami, w których mieszczą się lokale, teoretycznie: pustostany, praktycznie: zamieszkane. Niektóre wykupione za grosze. Nielegalnie.

Sporo.

Prawie 50. Do tego 300, których akta ktoś „odchudził”, więc nie wiadomo, jaki jest ich status.

Takie małe osiedle. Tylko na Saskiej Kępie.

Skoro wiadomo o nielegalnych operacjach, dlaczego nie doszło do eksmisji?

— Niektóre mieszkania po prostu skradziono. Lokatorzy szybko je wykupili — za ułamek ich wartości — i odsprzedali albo zameldowali w nich krewnych. Dlatego teraz nic nie możemy zrobić — tłumaczy urzędniczka.

Jak by powiedział syn premiera Marcinkiewicza: „szczęka opada”. Bezkarność.

Koniec wycieczki. Zdziwienie zamienia się w niedowierzanie. Czy urzędniczka mówi prawdę? Może chce się odegrać? Sprawdziliśmy: niedawno została zwolniona. Pierwsza wizyta w urzędzie gminy i zaskoczenie — urzędnicy znają „temat”, ale nie chcą o nim mówić. Boją się o pracę.

Na szczęście nie wszyscy.

Przypadkowe odkrycie

Kwiecień 2004 roku. Jeden z pracowników Wydziału Zasobów Lokalowych (WZL) w dzielnicy Praga-Południe podczas kontroli wewnętrznej przypadkowo trafia na umowę najmu lokalu komunalnego bez „skierowania do zawarcia umowy najmu”. Sprawa wyglądała poważnie, bo bez zgody właściciela nie można przecież zostać najemcą mieszkania, które jest jego własnością.

— Myślałem, że to ten dokument gdzieś się zawieruszył. Wie pan, jak to jest w administracji... Umowę podpisał dyrektor Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami (ZGN), więc tym bardziej nikt nie węszył w tym afery — twierdzi Robert K. (prosi o niepodawanie nazwiska), były pracownik Wydziału Zasobów Lokalowych.

I rzeczywiście: kilka dni później Jadwiga Krakowiak, naczelnik WZL, przypadkowo natknęła się na brakujące skierowanie. Sfałszowane. Podpis, pieczątki — nagłówkową i imienną — ktoś podrobił.

— Jak pani wpadła na te trefne umowy? — pytamy panią naczelnik, dzwoniąc do urzędu.

— Niech pan się kontaktuje z naszym rzecznikiem — pada odpowiedź.

— Przecież to powód do chluby. Nie on trafił na te akta, tylko pani.

— Wiem, ale chcę tu nadal pracować — pada odpowiedź.

Od innego pracownika wiemy, że po odkryciu Jadwigi Krakowiak wybuchła afera. Natychmiast przeprowadzono wewnętrzną kontrolę umów. Fałszywek było więcej.

Kilkaset!

Kto je sporządził?

„Inżynierska” robota

— To była „inżynierska” robota niektórych pracowników WZL i ZGN. Urzędnicy dokonujący fałszerstw zaopatrzyli się w pieczątki imienne administratorów, kierowników administracji, naczelnika WZL, burmistrza dzielnicy, w pieczątki nagłówkowe też. Z wykazów pustostanów przesłanych do WZL usuwano część lokali, a pod wykazami umieszczano fałszywe pieczątki i podpisy osób sporządzających. Na lokale usunięte z wykazów wydawano fałszywe skierowania. Fałszowanie skierowań to niejedyny sposób kradzieży mieszkania komunalnego. Odrębną działalność prowadzili pracownicy zatrudnieni w ZGN. Nie zgłaszali pustostanów i wykorzystywali je „we własnym zakresie”. Po ludziach mieszkających samotnie potwierdzenie praw do lokalu otrzymywały osoby obce, lokal był zajmowany „na nazwisko” nieżyjącego od dawna najemcy. I ci zmarli dokonywali zamiany lokali itd. — twierdzi Grażyna Sobolewska, do niedawna kierownik działu organizacji i kontroli w ZGN Warszawa Praga-Południe (po wybuchu afery prowadziła kontrolę nieruchomości komunalnych).

— To była zorganizowana grupa przestępcza. Proceder trwał od lat. Wpierw jako patent samych pracowników — na szybkie mieszkanie, potem sposób przejęła jedna z grup przestępczych z okolic Warszawy. Mieszkania sprzedawano zamiejscowym, którzy przenosili się do stolicy — za 30-80 tys. zł — albo załatwiano je metodą „na słupy”, jak kredyty w banku. Po to, by je szybko zalegalizować i sprzedać na wolnym rynku. Za grube pieniądze! Z czasem skala przestępstwa stała się tak duża, że wymagała świetnej organizacji. Trzeba było mieć swoich ludzi w WZL, w ADM i w ewidencji ludności — aby ukryć akt zgonu, płacić czynsz za zmarłego, a potem przejąć po nim mieszkanie. Niech pan porozmawia z Jadwigą Krakowiak — sugeruje Artur Brodowski, dyrektor ZGN Praga-Południe.

— Rozmawiałem. Boi się

— Nie dziwię się. Sam byłem w strachu, gdy ktoś polał mi samochód kwasem, a potem dostawałem głupawe SMS-y. Złożyłem doniesienie do prokuratury. Były też donosy, szantaże... Kierownikowi ADM na Saskiej Kępie próbowano podpalić samochód — mimo że mieszka w centrum miasta — dodaje Brodowski.

Pustoteczki

Od maja 2004 roku śledztwo w sprawie fałszowania skierowań prowadziła Prokuratura Rejonowa Warszawa Praga-Południe. Niedawno przejęła je prokuratura okręgowa. Aferę bada też Wydział Przestępstw Gospodarczych (PG) i Wydział do Walki z Korupcją (WWK) Komendy Stołecznej Policji (KSP). Zaczęło się wielkie szperanie w aktach.

— Do końca 2005 roku sprawdziłam jakieś 3500 akt z przeszło 4000 w ZGN. Kontrolowałam zarówno akta lokali komunalnych, jak i lokali wykupionych, ponieważ część najemców, który weszli w posiadanie lokali komunalnych, zdążyła je wykupić lub zamienić. Fałszowanie skierowań i potwierdzeń stanowi tylko ułamek nieprawidłowości. Okazało się, że pracownicy ZGN prowadzili swoistą działalność gospodarczą, polegającą na handlu lokalami, że akt brakuje, a zapisy w systemie operacyjnym nijak się mają do dokumentacji w aktach, a co najważniejsze: nikt za to nie odpowiada! Najwięcej fałszywek ujawniłam na Saskiej Kępie, w Administracji Nieruchomości (AN) nr 1 — twierdzi Sobolewska, która współpracowała z policjantami z WWK.

Ile? Udało nam się dotrzeć do poufnego pisma ówczesnego burmistrza gminy Praga-Południe, Artura Brodowskiego — wymienionych jest w nim prawie pół setki adresów mieszkań zajmowanych na dziko, bez umowy. Kolejne 300 adresów dotyczy mieszkań, których akt nie udało się znaleźć lub są niepełne — to tzw. pustoteczki.

— Gdy nie ma akt, nie można stwierdzić, czy mieszkanie wynajęto lub sprzedano zgodnie z prawem. To nic trudnego je „zgubić” lub opróżnić z dokumentów, bo leżą w otwartych szafach. Każdy ma do nich dostęp — zapewnia Sobolewska.

Produkt uboczny

Kim są właściciele skradzionych gminie mieszkań? Najwięcej fałszywych skierowań było w Administracji Nieruchomości nr 1. To rejon Saskiej Kępy. Tu kontrolę nadzorował osobiście dyrektor Artur Brodowski. Poleciały głowy — m.in. administratora.

— Przy okazji kontroli powstała lista ważnych osób, radnych, dziennikarzy, polityków i artystów, zajmujących „lewe” lokale. W administracji mówiło się o niej „produkt uboczny”. Dowiedziałam się o nim przypadkiem, kiedy — jako anegdotę — opowiadano mi, jak pomylono emerytowanego robotnika z jakimś politykiem — ujawnia pracownica ADM.

A po co przeprowadzano taką identyfikację?

— Nie wiem. Może dla szantażu? Na Saskiej Kępie mieszka bardzo wielu VIP-ów. Mając kwit, że któryś zdobył mieszkanie nielegalnie, można go szantażować, a jeżeli to polityk — wpływać na jego decyzje. Wiedza to władza — twierdzi Sobolewska.

Inni pracownicy ADM potwierdzają istnienie takiej listy.

Decydujemy się na rzecz karkołomną. Od lokatorów lewych mieszkań próbujemy się dowiedzieć, jak weszli w ich posiadanie. Mamy listę nazwisk. Odwiedzamy kilku. Nie chcą rozmawiać. Przeganiają. Wreszcie, bingo! Na Jakubowskiej otwiera młody człowiek, trochę przestraszony. Dziennikarz.

— To załatwiał ojciec, przez jakiegoś pośrednika — chyba z agencji nieruchomości. Wcześniej mieszkała tu starsza pani. Przeniosła się do domu starców gdzieś na Mazury. Tata nie żyje, ja wykupiłem mieszkanie od spółdzielni — tłumaczy.

Nie rozumie naszego zainteresowania.

Prokuratura potwierdza:

— Wśród podejrzanych są zarówno najemcy lokali, urzędnicy z trzech ADM, jak i pośrednicy pomiędzy nimi, ludzie z ulicy, znajomi królika... Sprawa ma charakter rozwojowy i wielowątkowy. Tyle mogę teraz ujawnić — mówi Renata Mazur, rzecznik prokuratury okręgowej.

— Wydział do Walki z Korupcją KSP prowadzi — pod nadzorem Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga — śledztwo dotyczące korupcji urzędników Urzędu Dzielnicy Praga-Południe m.st. Warszawy, polegającej na przyjmowaniu korzyści majątkowych w zamian za skierowania do zawarcia umowy najmu lokali komunalnych. Ogółem przedstawiono 115 zarzutów, w tym 35 głównej podejrzanej Monice D., która jest tymczasowo aresztowana. Zabezpieczono mienie w łącznej kwocie około 200 tys. zł. Postępowanie obejmuje około 100 lokali komunalnych. Aktualnie sprawdzane są inne decyzje o przydziałach lokali komunalnych w dzielnicy Praga-Południe — pod kątem przyjmowania korzyści majątkowych przez urzędników — opowiada nadkomisarz Mariusz Sokołowski z Komendy Stołecznej Policji.

Polowanie

Po ujawnieniu procederu kradzieży lokali zaczęła się drobiazgowa kontrola wszystkich mieszkań komunalnych — pod nadzorem policji z PG. Mnóstwo papierkowej roboty, sprawdzania, porównywania.

— Musieliśmy przejrzeć tysiące akt. Żeby się w tym wszystkim połapać, stworzyłam specjalny program do wyszukiwania danych o lokalach, bo te rozsiane były po wielu archiwach. Żeby wykryć fałszywki, wpadłam na pomysł: rozdałam pracownikom odbite na kalce technicznej wzory pieczątek. Pieczątki fałszywe różniły się od autentycznych rozstawem czcionek i przyłożenie kalki do pieczątki na piśmie pozwalało szybko zidentyfikować falsyfikat — mówi Sobolewska.

Do końca grudnia 2005 r. znalazła około 200 skradzionych lokali.

Sprawa mieszkań na Saskiej Kępie to ciężki kaliber. Duża skala, olbrzymie pieniądze. Czy jedyna? Skoro grupie przestępczej, o ile taka była, opłacało się kraść mieszkania w jednej gminie, to dlaczego nie w innych? Czy ten proceder ogarnął całą Warszawę?

Były prezydent Warszawy Lech Kaczyński wie tylko to, co opisujemy. I uspokaja: „Podjęto sporo działań, by wyeliminować takie sytuacje — m.in. każde skierowanie do zawarcia umowy najmu jest dodatkowo potwierdzane na linii dzielnica — zarządca nieruchomości, co praktycznie eliminuje z obiegu prawnego ewentualne sfałszowane skierowania do zawarcia umowy najmu” — czytamy w piśmie Kancelarii Prezydenta RP do redakcji.

Czy rzeczywiście? Policjanci twierdzą, że sprawa jest rozwojowa. Poczekamy na finał.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu