Dynamiczny marsz naszej
waluty na razie powstrzymany.
Euro już po 4,20 zł, dolar coraz bliżej 3 zł, a frank po 2,75 zł.
Nasza waluta osłabła, ale specjaliści uspokajają. Ich zdaniem, wkrótce złoty powróci do wzrostów.
Wczoraj kurs euro przekroczył na chwilę 4,20 zł, a dolar zbliżył się na jeden grosz do bariery 3 zł. W sumie przez ostatnie dwa tygodnie złoty stracił do wspólnej waluty 3 proc., a do amerykańskiej ponad 5 proc. Potwierdziły się więc przewidywania większości analityków, którzy na początku sierpnia w ankiecie "PB" prognozowali, że złotego dosięgnie krótkotrwała korekta.
— Częściowo to realizacja zysków, a częściowo również wzrost awersji do ryzyka, widoczny w spadku notowań euro do dolara i wzroście wartości jena. Nie ma jednak powodów do paniki. Nie pojawiły się żadne nowe informacje, które kazałyby nam zmienić średnioterminową prognozę. Zakłada ona, że do końca roku kurs euro do złotego spadnie do 4,07 zł — mówi Grzegorz Maliszewski, ekonomista Banku Millennium.
Impuls zza oceanu
Przez ostatnie trzy miesiące złoty był drugą — oprócz brazylijskiego reala — najsilniejszą walutą rynków wschodzących. Zyskał 6 proc. względem euro dzięki oczekiwaniom, że Polska będzie jedną z niewielu gospodarek w Europie, które w tym roku unikną recesji. Wczoraj Ludwik Kotecki, wiceminister finansów, w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" stwierdził, że w drugim kwartale polski PKB wzrósł przynajmniej o 0,2 proc. Tymczasem przedstawiciele resortu gospodarki spodziewają się, że było to 0,5 proc., a w całym roku dynamika wyniesie 1 proc.
Lokalne dane makroekonomiczne (te o PKB zostaną opublikowane 28 sierpnia) są jednak na dalszym planie, bo w ostatnich dniach na zmianę nastrojów rynkowych największy wpływ miał najpierw niższy od oczekiwań odczyt wskaźnika nastrojów amerykańskich konsumentów, a następnie gorsze od prognoz szacunki wzrostu gospodarczego w Japonii. Potwierdził się więc scenariusz rysowany przez niektórych analityków: fala rozczarowania po danych, które będą słabsze, niż się spodziewano.
Zagrożeń nie widać
Zdaniem Rafała Beneckiego, ekonomisty ING Banku, spadki na giełdach i deprecjację złotego należy traktować tylko jako techniczną korektę, a nie zmianę średnioterminowego trendu. Ten wciąż dla złotego pozostaje wzrostowy.
— Wyniki finansowe amerykańskich spółek pociągnęły w górę giełdowe indeksy na całym świecie. To stworzyło sporo miejsca do korekty, zwłaszcza na rynkach azjatyckich, a później w Ameryce Południowej i także w Polsce. Teraz inwestorzy dostali dobry pretekst w postaci słabszych danych do realizacji pokaźnych zysków z bardziej ryzykownych aktywów. Nie tylko z akcji, ale też długu korporacyjnego czy walut — mówi ekonomista ING Banku.
Rafał Benecki podkreśla jednak, że ponieważ są sygnały powolnego wychodzenia gospodarek z recesji, to przewaga podaży nie będzie duża i długotrwała.
— Wydaje się, że przy kursie 4,20 zł za euro przecena powinna się zatrzymać. Ewentualne wyższe wartości inwestorzy mogą wykorzystywać do kupowania naszej waluty. Podobnie będzie z akcjami, jeśli spadki ich cen się pogłębią. Większym zagrożeniem byłoby, gdyby banki centralne zaczęły sygnalizować zakończenie procesu luzowania polityki pieniężnej i kiedy dane makroekonomiczne mocno odstawałyby od wskaźników wyprzedzających. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, by ten scenariusz miał się potwierdzić — dodaje Rafał Benecki.
Słabiej do dolara
Dłuższej, ale również niezbyt głębokiej korekty spodziewa się Wojciech Smoleński, analityk DM IDMSA.
— W mojej ocenie korekta na rynkach będzie dłuższa, a co za tym idzie, złoty powinien być słabszy, szczególnie do dolara amerykańskiego. Korekta powinna potrwać około 10 tygodni. To mniej więcej połowa okresu wzrostów w ostatnich miesiącach. Kurs euro 4,30 zł to moim zdaniem cel w perspektywie jednego miesiąca. Pod koniec roku złoty może jednak ponownie lekko się umocnić — ocenia analityk IDMSA.
Przyszła korekta. Zaskoczenia nie ma
Analitycy ze spokojem
przyjęli spadki na giełdzie.
Ich zdaniem, rynkowi
potrzebny jest odpoczynek.
Trend pozostaje bez zmian.
Dynamiczna fala wzrostowa indeksów, która rozpoczęła się w lipcu, nie mogła trwać wiecznie. Korekta tych wzrostów jest już faktem, ale raczej nikt nie jest nią zaskoczony. Tym bardziej analitycy, których w pierwszym tygodniu sierpnia zapytaliśmy o prognozy dla krajowego rynku. Jednogłośnie ogłosili wtedy korekcyjne spadki. Wczoraj WIG20 w trakcie sesji, podobnie jak w pierwszych dniach sierpnia, zbliżył się do 2000 pkt. Czy to zmienia perspektywę dla naszego rynku?
Piotr Kuczyński, główny analityk Xeliona, na początku miesiąca ze spokojem przyjął początek korekty.
— Po silnych wzrostach odpoczynek jest wskazany. WIG20 może spaść do 1900- -2000 pkt, ale w dłuższej perspektywie to nie jest koniec wzrostów — mówił Piotr Kuczyński.
Zdania nie zmienia.
— Ta korekta jest potrzebna. Nadzieje jednak rosną, a dane makro są coraz lepsze. Nie spodziewam się, że to koniec wzrostów. W Chinach ukształtowała się formacja podwójnego szczytu, co schłodziło tamtejszy rynek. Musiało to się przełożyć na rynek azjatycki, europejski i amerykański. Na razie jednak mówimy o normalnej korekcie, bo ani dane makro, ani wyniki spółek nie zapowiadają paniki — mówi nam teraz ekspert Xeliona.
Marek Rogalski, analityk DM BOŚ, za trzypro- centowe spadki na wczo- rajszej sesji w Warszawie również obwinia tąpnięcie w Azji.
— Bez dużych spadków w Szanghaju nie byłoby spadkowej sesji u nas. Miejsca na korektę nie ma jednak dużo — mówi Marek Rogalski.
Na początku sierpnia spodziewał się dwutygodniowej korekty z zejściem WIG20 do okolicy 1950 pkt i 2500- -2600 pkt na koniec roku.
— Nie zmieniam zdania, że ci, którzy liczą na powrót bessy, przeliczą się. Obstawiam jeden czy dwa dni korekty, złapanie dołka i dalszy ruch w górę. Już wczo-raj widać było dołek intraday i podnoszenie się indeksów, więc już dzisiejsza sesja może być na plusie. Podtrzymuję prognozę 2130 pkt dla WIG20 na koniec sierpnia. W pesymistycznym scenariuszu na koniec grudnia zobaczymy 2500 pkt na indeksie blue chipów, a w optymistycznym — 2900 pkt — mówi specjalista DM BOŚ.
Adrian Boczkowski
Kamil
Zatoński