Zmiany klimatu nie chcą czekać

Jacek Zalewski
opublikowano: 2009-12-14 00:00

Planowy szczyt Rady Europejskiej w Brukseli jak nigdy odbywał się w cieniu trwającego równocześnie innego wydarzenia — mianowicie ONZ-owskiej konferencji klimatycznej COP15 w Kopenhadze. Szwecja na zakończenie półrocznego przewodnictwa UE chciała postawić jakiś silny akcent ekologiczny. W końcu wspólnota zobowiązała się do przekazania 7,2 mld EUR (przez trzy najbliższe lata po 2,4 mld) na walkę ze zmianami klimatycznymi w najbiedniejszych krajach świata. Jednak fundusze te pochodzić będą z dobrowolnych składek, a proza życia podpowiada, że realizacja tego typu politycznych zobowiązań jakże często staje się fikcją...

Udział Polski w tej kwocie sięgnąłby 60 mln EUR. Byłoby to 10 proc. dochodów ze sprzedaży naszych nadwyżek uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Natomiast deklaracja Unii Europejskiej zredukowania owej emisji aż o 30 proc. — gdy ledwie udało się przyjąć harmonogram schodzenia do 20 proc. — jest dla nas zaskoczeniem graniczącym z szokiem. Premier Donald Tusk dyplomatycznymi słowami wytyczył ścieżkę obejścia przez Polskę owej inicjatywy bogatych państw, których gospodarki są najczystsze energetycznie. Polska może zacząć obniżać redukcję dwutlenku węgla dopiero po uruchomieniu choćby jednej elektrowni atomowej, czyli po roku 2020. Rzecz jasna ekolodzy natychmiast zaliczyli nasz kraj do hamulcowych realnej walki z ociepleniem klimatu.

Unijna wspólnota bierze na siebie około jednej trzeciej kosztów wsparcia najuboższych krajów w latach 2010-2012. Ich łączne potrzeby w tym okresie szacuje się na 21 mld EUR. Automatycznie nasuwa się więc pytanie, co na to powiedzą inne uprzemysłowione potęgi, na przykład USA czy Japonia. Trudno liczyć na choćby symboliczny finansowy odzew Chin czy Indii. W tej sytuacji maleją szanse konferencji w Kopenhadze — której finałem będzie wielki zjazd szefów państw i rządów w tym tygodniu — na przyjęcie jakiegoś ambitnego, a przede wszystkim realizowalnego porozumienia.