Związki manifestują przeciw otwarciu

Mira Wszelaka
14-02-2006, 00:00

Co jest korzystniejsze: liberalizacja czy ograniczenia rynku usług w UE? Pracodawcy i pracobiorcy mają różne zdanie na ten temat.

Polska, podobnie jak Europa, podzieliła się na zwolenników i wrogów wolności usługowej w Unii. Podczas gdy w budynku Parlamentu Europejskiego (PE) w Strasburgu posłowie przystąpili do kulminacyjnej debaty nad tym, w jakim stopniu umożliwić pracownikom z nowych krajów członkowskich podjęcie pracy w starych krajach UE, pod siedzibą i na ulicach miasta związkowcy, także z Polski, rozpoczęli protest.

Ponadgraniczna solidarność

Swój udział w gigantycznej manifestacji przeciw liberalizacji zapowiada m.in. Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), Związek Nauczycielstwa Polskiego (który wystąpił do eurodeputowanych z wnioskiem o wyłączenie z dyrektywy usług edukacyjnych) oraz NSZZ Solidarność.

Tymczasem Polska, podobnie jak m.in. Wielka Brytania, Holandia, Węgry, Czechy i Hiszpania, jest szczególnie zainteresowana jak najszerszym otwarciem rynku usług, a więc m.in. wpisaniem do dyrektywy zapisu o kraju pochodzenia. Zgodnie z nim, przedsiębiorcy mogliby świadczyć usługi w innym kraju UE na podstawie przepisów kraju, z którego pochodzą. W ten sposób można by ominąć ograniczenia w dostępie do poszczególnych rynków pracy, które blokują konkurencję. I to właśnie nie podoba się związkowcom.

— To oznaczałoby, że minimalny zarobek polskiego pracownika określany byłby według polskiego prawa, a nie według prawa kraju, w którym usługa byłaby wykonywana. Jeśli pracownik zdecyduje się pracować na tamtym rynku, to zależy nam na tym, by jego praca regulowana była tamtejszymi prawami, łącznie, oczywiście, z zarobkami — mówi Jan Guz, przewodniczący OPZZ.

Jego zdaniem, wprowadzenie dyrektywy byłoby ponadto zaproszeniem do świadczenia usług przez firmy i niezależnych usługodawców zarejestrowanych w krajach, w których regulacje w zakresie ustawodawstwa pracy, ochrony środowiska oraz praw konsumentów są najmniej rygorystyczne.

400 poprawek

Zaskoczenia nie kryją krajowi pracodawcy. Zdaniem przedstawicieli Lewiatana, postawa związków zawodowych starych krajów UE oraz Polski jest poparciem protekcjonistycznej polityki niektórych krajów członkowskich, a wyrażane przez nich obawy nie mają merytorycznego uzasadnienia.

Jarosław Pietras, szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, przypomina, że zapisy tej dyrektywy mają szczególne znaczenie dla polskich firm usługowych i całej gospodarki, tym bardziej że nie przysługuje nam swoboda przepływu pracowników.

— My nie wysyłamy pracowników do pracy, wysyłamy tych, którzy wypełniają kontrakt i wracają — zaznacza Jarosław Pietras.

Zasada kraju pochodzenia stała się także solą w oku europejskich socjalistów (PES), którzy w ubiegłym tygodniu porozumieli się z chadekami w sprawie jego usunięcia z tekstu. Wśród chadeków nastąpił jednak rozłam.

W sumie do projektu dyrektywy zgłoszono ponad 400 poprawek, nad którymi PE będzie głosował w czwartek. Dopiero potem będą pastwić się nad nimi kraje członkowskie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mira Wszelaka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Związki manifestują przeciw otwarciu