Zwrot w wojnie o firmę z dotacją

13-03-2016, 22:00

Sąd prawomocnie uznał, że były poseł PiS Artur Zawisza i jego wspólnicy nie mieli prawa przejąć kontroli nad spółką z dofinansowaniem na biogazownie

Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości co do nierychliwości polskiej Temidy, to mamy kolejny argument, by się ich ostatecznie pozbyć. W 2010 r. firma kontrolowana przez Artura Zawiszę, byłego posła PiS i obecnego wiceprezesa Ruchu Narodowego, oraz trzech jego wspólników: Wiesława Różańskiego, Beatę Matecką i Sylwię Koch-Kopyszko, przejęła kontrolę nad spółką Tempo (obecnie Lubelskie Biogazownie). Założyciele Tempa, rodzina Maciejewskich, twierdzili, że odbyło się to bezprawnie. Po ponad 5 latach sąd prawomocnie przyznał im rację. Na razie jednak zwycięstwo jest pyrrusowe.

Cenny maluch

Tempo nie było gigantem, ale w 2010 r. miało coś niezwykle wartościowego: przyznaną przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) dotację na budowę w województwie lubelskim dwóch biogazowi, wartą 20 mln zł. Problem Maciejewskich polegał na tym, że nie mieli pieniędzy na udział własny w tej inwestycji (około 16 mln zł), a banki i zewnętrzni inwestorzy nie spieszyli się z sięganiem do portfela.

Poszukując kapitału, Maciejewscy trafili do Business Consulting Group (BCG), jednej z większych w kraju firm specjalizujących się w obsłudze projektów unijnych, w której dyrektorem był Artur Zawisza. Usłyszeli, że dostaną to, czego potrzebują, jeśli sprzedadzą spółkę powiązanej z BCG firmie Green Energy (GE, jej udziałowcami byli Zawisza, Różański, Matecka i Koch-Kopyszko). Umowa była prosta: GE dostarcza finansowanie, a Maciejewscy składają ważną do 30 października 2010 r. ofertę sprzedaży Tempa za 8 mln zł.

Proces karny

I tu zaczynają się schody. GE przekonywała, że 28 października skutecznie przyjęła ofertę i przejęła udziały. Maciejewscy — że nic takiego się nie zdarzyło. I że zostali oszukani, bo w tajemnicy przed nimi GE zwołała walne Tempa i złożyła dokumenty w sądzie rejestrowym, a ten wpisał nowe władze do rejestru spółki.

Maciejewscy zareagowali pozwem o unieważnienie uchwał walnego. Dopiero na początku marca 2016 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie, już prawomocnie, uznał racje założycieli Tempa.

— Sąd jednoznacznie stwierdził, że ani GE, ani związane z nim podmioty nigdy nie stały się właścicielami spółki i że to my wciąż nimi jesteśmy — podkreśla Michał Maciejewski, w 2010 r. prezes Tempa. Artur Zawisza wyrok uznaje za „incydentalny” i niczego nieprzesądzający.

— W tej sprawie zapadały też inne wyroki, z czego co najmniej trzy niekorzystne dla państwa Maciejewskich, a korzystne dla nas. Także prokuratura nie znalazła żadnych dowodów na jakiekolwiek przestępstwo i umorzyła śledztwo w sprawie rzekomego oszustwa — mówi Artur Zawisza. Z tą decyzją Maciejewscy się nie zgodzili i złożyli tzw. subsydiarny akt oskarżenia przeciwko oponentom. Przed sądem w Lublinie kończy się proces karny — na 31 marca 2016 r. zaplanowano mowy końcowe.

Klucz w rękach zarządcy

Artur Zawisza jest pewny, że on i jego wspólnicy usłyszą wyroki uniewinniające.

— Państwo Maciejewscy dysponowali jedynie działkami wartymi kilkaset tysięcy złotych i promesą dotacji, z której nie mogli skorzystać, bo nie mieli pieniędzy na wkład własny. To my w formie pożyczek zagwarantowaliśmy te kilkanaście milionów złotych i dzięki temu rozliczyliśmy dotację z NFOŚiGW oraz wybudowaliśmy dwie biogazownie. Teraz państwo Maciejewscy próbują ten majątek przywłaszczyć — mówi Artur Zawisza.

Michał Maciejewski odbija piłeczkę. Zwraca uwagę, że nowi właściciele nie zapłacili za Tempo ani grosza, a nieruchomości spółki nie są jej własnością, ale zewnętrznej osoby fizycznej. I są obciążone hipotekami na prawie 24 mln zł.

— Pan Zawisza przed sądem zeznaje, że osiąga dochód 6 tys. zł miesięcznie i ma na utrzymaniu żonę i trójkę dzieci. Jednocześnie pożycza spółce kilkaset tysięcy złotych. Jak tylko odzyskam dokumentację Tempa, będę weryfikował te rzekome pożyczki — mówi Michał Maciejewski. Artur Zawisza zapewnia, że dysponuje potwierdzeniami przelewów pożyczek.

I tłumaczy, że sam pożyczył pieniądze od kogoś, by pożyczyć je spółce. O tym, czy Michał Maciejewski faktycznie odzyska kontrolę nad dokumentami i sprawami spółki, zdecyduje wyznaczony przez sąd zarządca przymusowy Przemysław Skipor. Ma na to czas do 3 kwietnia 2016 r.

— Sąd wydał jednoznaczny wyrok, jednak o jego konsekwencjach nie powiedział ani słowa. Tymczasem od 2010 r. bardzo dużo się wydarzyło. Dopiero dokonuję analiz prawnych, co w tej sytuacji powinienem zrobić — ucina Przemysław Skipor. © Ⓟ

JUŻ PISALIŚMY

„PB” z 9.05.2011 r.

Prawie pięć lat temu na łamach „PB” Michał Maciejewski, ówczesny prezes spółki Tempo, mówił: „Spółka została przejęta niezgodnie z prawem. Wierzę, że sąd w końcu przyzna nam rację”. Tak też się stało. Do ostatecznego sukcesu droga jednak daleka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Zwrot w wojnie o firmę z dotacją