Ludzie przypisywali amuletom znaczenie magiczne. Były znakiem rozpoznawczym we wczesnym świecie chrześcijańskim, a później wskazywały klasę społeczną. Kilka stuleci temu stały się biżuterią i… niech już tak zostanie.
Starożytni Egipcjanie nie cieszyli się zbyt długim życiem. Ich obsesją stało się więc przygotowanie do życia po śmierci. A bransoletki odgrywały w tych przygotowaniach ważną rolę. Były wizytówką zmarłego, dzięki której bogowie mogli rozpoznać, do której klasy społecznej zaliczyć nowo przybyłego.
Pierwsi chrześcijanie także używali zawieszek, ale nie miały dla nich znaczenia ponadnaturalnego. Umieszczali znak ryby (czyli chrześcijaństwa) pod ubraniem, jako przepustkę do sekretnych miejsc, w których wraz z innymi wyznawcami mogli wielbić Boga.
W średniowieczu amulety stały się błyskotkami królów i książąt. Miały chronić wojowników, zaklinać wrogów, a noszone przy pasie świadczyły o przynależności do rodu czy o zajmowanym stanowisku.
W ciągu kolejnych wieków ich znaczenie osłabło, ale na początku XIX stulecia nabrały blasku dzięki królowej Wiktorii, noszącej bransoletki i amulety jako biżuterię.
Podczas drugiej wojny światowej popularność zyskały charms (angielska nazwa bransoletek z zawieszkami i amuletami). Dla żołnierza wyruszającego na front świecidełko od ukochanej było niemal święte.
W latach 50. Amerykanki upamiętniały ważne wydarzenia w życiu zawieszką przy bransoletce: urodziny, ukończenie szkoły, zamążpójście, podróże czy przyjście na świat dziecka. Dzisiaj charms z tamtych czasów osiągają na aukcjach zawrotne ceny: 2-3 tys. dolarów.
Czasy disco nie służyły charms, ale na początku XXI w. powróciły z pompą. Wytwarzają je wielkie domy mody: Louis Vuitton, Prada czy Juicy Couture. Modne stało się wyszukiwanie zawieszek w sklepach z antykami i na pchlich targach. Ze swoimi charms obnoszą się celebryci — Paris Hilton, Jennifer Aniston, Keira Knightley czy Mariah Carey.
