Życzcie sobie nieidealnych świąt

Łukasz OstruszkaŁukasz Ostruszka
opublikowano: 2019-12-23 22:00

Okres świąteczny to czas, w którym sprzedaje nam się pewną wizję chrześcijaństwa, która ma niewiele wspólnego z rzeczywistością

Niektórych taka wizja drażni, śmieszy, wręcz wkurza, innych przeraża, gorszy i dołuje, ale nie brakuje też takich, których zachwyca i ujmuje. Każdy ma prawo do swojego spojrzenia. Atmosfera świąt jest rozgrzewana promocjami, obietnicą wyjątkowego wieczoru, pełnego stołu, zadowolonych, spełnionych twarzy. Rozświetla ją blask bombek na choince, ozdoby i światełka. Wszędzie te światełka. Rzeczywiście można dać się porwać i też zagrać w takim teatrze. Chyba nawet tego potrzebujemy dla jakiegoś ukojenia rozkołatanego „ja”. Ludzie czasem z tego żartują, tworząc memy o tym, że okna jeszcze nie umyte, więc „mały Jezus” nie może jeszcze przyjść. Albo pokazują zdjęcia z zatłoczonych sklepów i dodają uwagę, że oto Polacy robią zapasy na cały miesiąc, bo sklepy będą zamknięte przez… dwa dni.

Dobrze, że umiemy się z siebie śmiać. Gorzej, że nie potrafimy się jakoś przełamać i powalczyć z tradycją, że w święta to zastaw się, a postaw się. Zamiast bombek pompujemy sobie balony oczekiwań wyjątkowych świąt, które najczęściej nie są specjalnie wyjątkowe. Zmęczeni przygotowaniami przesypiamy sporą ich część, nadrabiając przy okazji serialowe zaległości. Taka jest wizja chrześcijaństwa? Zaprawdę, nasze świętowanie dalekie jest od początku i powodu, dla którego się świętuje. Wpadł mi ostatnio w ucho wywód jezuity Wacława Oszajcy, który w adwentowym podcaście na portalu Deon.pl przypomniał coś podstawowego, oczywistego i zapominanego.

„Chrześcijaństwo zaczyna się od momentu, gdy zgodzimy się żyć w takim świecie, jaki jest: pełnym dobra i zła, szarym i kolorowym. W Polsce można odnieść wrażenie, że Pan Jezus urodził się w Dolinie Chochołowskiej, a Maryja była z Nowego Targu. Warto się przyjrzeć realiom biblijnym. Józef chce się rozwieść z Maryją, oboje są uciekinierami bez dachu nad głową. Mędrcy ze Wschodu byli obcymi, którzy w większym stopniu niż inni zobaczyli prawdę tych czasów. A pasterze? Raczej nie należało nikomu życzyć, żeby się z nimi spotkał po zmroku. Może by życie zachował, ale pieniędzy już nie.”

Mocne uderzenie. Nie tyle w światełka rozwieszone na idealnych choinkach w centrach handlowych, ale w naszą tradycyjną, niezwykłą Wigilię, dla której tak się zdobimy i szykujemy, z powodu której czasem się kłócimy i w obronie której gotowi jesteśmy się pociąć lub pociąć tych „innych”, kimkolwiek są i jakkolwiek są przez nas definiowani. Tamten czas, świętowany na pamiątkę, symbolicznie właśnie w grudniu, miał w sobie niewiele tak po ludzku rozumianego piękna. Nie było tam potęgi Kościoła rozumianego jako instytucja. Nie było „śledzika”, tradycyjnej adwentówki albo wigilijkii firmowej. Maria nie dostała kunsztownie zapakowanego prezenciku, a Józef skarpetek i szalika. Nie było sielankowych obrazów, pokoju i spokoju, stabilizacji, pełnej michy, dachu nad głową, a tym bardziej promocji, okazji i jakiejś świętej tradycji.

Dlatego błagam, jak będziemy stać w korkach, wściekli wyrywać sobie najlepsze kawałki ryby, robić zapasy jak na trzecią wojnę światową i kłócić się ze sobą, że coś jeszcze nie zostało przygotowane, zrobione jak trzeba, jak zaczniemy panikować, że z czymś nie zdążymy, a w związku z tym święta nie będą idealne, to przypomnijmy sobie tamtą nieidealną rodzinę. I wtedy, i dziś ludzie zastanawiają się często, dlaczego narodzenie Zbawiciela było tak biedne i kiepskie, jakieś nieporadne, nie tyle niespektakularne, co nawet smutne. A może odpowiedź jest prosta i właśnie w tych okolicznościach ukryte jest jedno z najsilniejszych przesłań Jezusa?

Przychodzi do świata takiego, jaki on jest, czyli pełnego dobra i zła, kolorowego i szarego, czy nawet czasem za sprawą człowieka potwornie ponurego. To przyjście nie było wymuskane, gładkie i przyjemne, ale od samego początku trudne, niebezpieczne i po prostu bardzo ludzkie. Nie łudźmy się więc, że po odpowiednim przygotowaniu zaprogramujemy swoje rodziny na miłość i dobre usposobienie, zapomnimy o problemach w pracy, odsapniemy i zregenerujemy się w dwa dni, nasze zaniedbywane relacje nagle zaczną autentycznie kwitnąć i dogadamy się wspaniale z żoną, mężem, partnerką, partnerem lub dziećmi, rodzeństwem i rodzicami.

Nie wierzmy w to, że ileś tam tradycyjnych potraw, wysprzątany, wystrojony dom i wymarzone prezenty zdziałają cuda i przemienią nasze życie w bajkę, uśmierzą ból pod każdą postacią. Nie dajmy sobie wmówić, że wszystko musi być idealne, żeby ten czas miał jakiś sens. Jeśli płynie jakiś pożytek z grudniowego świętowania, to taki, że mamy okazję, aby od Mistrza nauczyć się, że nigdy nie będzie idealnie i nie w tym problem, że możemy dać radę, nawet jak się rodzina sypie, czegoś zabraknie w garnku, a na dach z najlepszą dachówką zabraknie w tym roku funduszy. Oni wyruszyli w drogę i pieczołowicie układali się z życiem. Pomyślmy, co przeżywali Maria, Józef i mały Jezus.

Każda rzeczywistość jest do sklejenia, do jakiegoś przetrwania, ale nie jest to łatwe i nie jest pozbawione wyrzeczeń czy konkretnego ryzyka, jak w przypadku Marii i Józefa. Jeszcze jednego uczy nas ta historia — obcy widzieli więcej i lepiej niż ci, którzy mieli wszystko, żeby rozpoznać znaki. Bóg był nie tam, gdzie non stop o nim mówiono, ale gdzie indziej, z innymi, na obrzeżach życia.