Żyjemy oszczędnie, a toniemy w długach

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 02-11-2009, 00:00

Niedługo zadłużenie państwa na osobę będzie dwukrotnie wyższe od prywatnego zadłużenia Kowalskiego.

W regionie tylko podatnik węgierski płaci na obsługę długu publicznego więcej niż polski

Niedługo zadłużenie państwa na osobę będzie dwukrotnie wyższe od prywatnego zadłużenia Kowalskiego.

Wszystkie kraje naszego regionu mają już gotowe projekty przyszłorocznych budżetów. Płynie z nich smutny wniosek — polscy podatnicy są prawie najmocniej obciążeni długiem publicznym. W ramach kosztów jego obsługi Ministerstwo Finansów zamierza w przyszłym roku z naszych podatków zapłacić instytucjom finansowym 35 mld zł.

Droga donikąd

Wyższe koszty obsługi długu publicznego w regionie mają tylko znane w świecie z potężnego zadłużenia Węgry — w przyszłym roku zapłacą 1,2 bln HUF (18,4 mld zł), czyli 4,3 proc. w relacji do PKB (wobec 2,6 proc. w Polsce). Tam jednak — dzięki ostatnim reformom — dług publiczny wraz z jego rocznymi kosztami spadają, a u nas rosną.

W znacznie lepszej sytuacji niż Polacy są też Słowacy (1,7 proc.) i Czesi (1,8 proc.), mimo że ich gospodarki kurczą się w tempie 5 proc. rocznie, co winduje potrzeby pożyczkowe i podnosi odsetki dla banków. Nadal wyraźnie mniejsze koszty obsługi długu ponoszą też podatnicy na Łotwie (2,3 proc.) i Litwie (1,8 proc.), chociaż ich gospodarki przeżywają prawdziwe załamanie, z recesją sięgającą 18 proc. Niemal zupełnie wolni od długu są Estończycy.

— Dług publiczny w Polsce, a więc i roczne obciążenia z niego wynikające, są wysokie i — co gorsza — od lat rosną bardzo szybko. Trzeba ten proces przerwać. Tempo narastania długu jest parametrem bacznie obserwowanym przez rynki. Inwestorzy, widząc rosnące zobowiązania państwa, podnoszą ocenę ryzyka jego niewypłacalności, a więc i odsetki, przy jakich są skłonni pożyczać rządowi pieniądze — ostrzega Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Wysoki dług publiczny w Polsce to potężne obciążenie zarówno dla gospodarki, jak i dla sprawnego funkcjonowania państwa. Zaplanowane w budżecie na bieżący rok 32,7 mld zł na obsługę długu to jedna z najważniejszych kategorii wydatków. Zdecydowanie mniej pieniędzy z naszych podatków idzie m.in. na obronę narodową, pomoc społeczną, naukę i szkolnictwo wyższe czy wymiar sprawiedliwości (zob. wykres). Więcej płacimy tylko na emerytury i renty.

— Dług to ogromne obciążenie. Koszty obsługi w 2010 r. będą o 9 mld zł wyższe niż łączne roczne dochody z CIT. Do wyobraźni może też przemawiać fakt, że gdybyśmy nie mieli długu publicznego, rocznie w kieszeni przeciętnego pracownika sektora pozarolniczego zostałoby 2,5 tys. zł — mówi Wiktor Wojciechowski, ekonomista Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Pan płaci, pani płaci…

Dług publiczny na koniec przyszłego roku — zgodnie z planami rządu — ma wynieść w Polsce 739 mld zł, co i tak jest scenariuszem traktowanym przez ekonomistów jako raczej optymistyczny. Według Andrzeja Sadowskiego, wiceprezesa Centrum im. Adama Smitha, obywatele zwykle nie zdają sobie sprawy, że to oni z własnych portfeli będą ten dług musieli spłacić.

— To nie jest dług wirtualny. Każdy, kto płaci w Polsce podatki, wykłada konkretne, pokaźne kwoty na obsługę zobowiązań, które — bez naszej zgody — zaciągnęli za nas politycy. W normalnych krajach walczy się z długiem. U nas on sobie leży i puchnie — podkreśla Andrzej Sadowski.

Jak duże to obciążenie, może świadczyć fakt, że w przyszłym roku na jednego Polaka przypadać będzie 19,3 tys. zł długu publicznego. Dla porównania — według danych Narodowego Banku Polskiego — przeciętne prywatne zadłużenie jednego obywatela w bankach wynosi obecnie połowę tej kwoty: 10,4 tys. zł.

— To pokazuje, że przeciętny Kowalski jest bardziej rozsądny, nie chce żyć ponad stan. Jeśli mnie na coś nie stać, to tego nie kupuję. Jesteśmy jednym z najmniej zadłużonych społeczeństw Unii Europejskiej. Nasze kolejne rządy są naszą przeciwnością. Nie mają skrupułów, by zadłużać nas w nieskończoność. Traktują budżet jak worek bez dna — twierdzi Andrzej Sadowski.

Wystarczy przełamać strach

To bulwersujące, że na pokrycie kosztów obsługi długu idą właściwie całe dochody państwa z podatków dochodowych od osób prawnych. Dług i jego koszty są poważnym hamulcem gospodarki — ściągają z rynku ogromne ilości kapitału, którego firmy bardzo potrzebują. Gdybyśmy nie mieli długu, te pieniądze zostałyby w firmach i byłyby zainwestowane, co pociągnęłoby gospodarkę w górę. Kapitał, zamiast pracować, zasila konta instytucji finansowych. W tym samym czasie ogromne kwoty są przez państwo marnotrawione, ponieważ kolejne rządy nie mają odwagi na poważnie zająć się reformą finansów publicznych.

Oczekuję od rządu, że wreszcie przyjrzy się wydatkom państwa, zwłaszcza sztywno zagwarantowanym ustawami. Tu drzemią ogromne możliwości, żeby ukrócić przejadanie publicznych pieniędzy, a co za tym idzie — wesprzeć wzrost gospodarczy. Wystarczy przełamać strach i podjąć oczekiwane od lat decyzje.

Jacek

Kowalczyk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Żyjemy oszczędnie, a toniemy w długach