Pięć miesięcy z Zytą Gilowską w rządzie niewiele różni się od siedmiu miesięcy całego rządu Prawa i Sprawiedliwości. To okres zaniechań i propagandy. Ani rząd, ani Ministerstwo Finansów nie podjęły żadnych działań w zakresie programu przed- i powyborczego (wynikającego m.in. z exposé premiera i programów „Tanie państwo” czy „Rozwój przez zatrudnienie”). Dopiero w ostatnich dniach, czyli z półrocznym opóźnieniem, dowiedzieliśmy się o kos-metycznych korektach podatkowych, które jednak zdecydowanie odbiegają od wcześniejszych zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości. W przestrzeni podatkowej ani rząd, ani pani minister nie zrobili nic i — co wynika z ostatnich zapowiedzi — nic dobrego nie zrobią.
Sukcesem Zyty Gilowskiej jest to, że nie zgodziła się na parę populistycznych rozwiązań, a niektóre — właśnie ze względu na jej obecność w rządzie — zapewne nawet nie były podnoszone. Nie obyło się jednak bez porażek — pani minister w ciągu tygodnia zmieniła pogląd na fundamentalne propozycje i zrezygnowała np. z likwidacji karty podatkowej czy 50-procentowego uzysku dla twórców (propozycje były niemądre, a ich realizacja oznaczałaby, że niewiele znaczące zmiany w podatkach, które kosztowałyby 11 mld zł, finansowaliby najbiedniejsi podatnicy, małe i średnie firmy oraz twórcy i naukowcy).
Pani minister nic ciekawego nie zaproponowała. Po co poszła do rządu Prawa i Sprawiedliwości — nie wiem, w innym miałaby większe pole do popisu. Fundamentem jej poglądów, podobnie jak każdego, kto jest ekspertem w dziedzinie finansów, jest przekonanie o konieczności reformy finansów publicznych. Wszelkie zmiany w systemie ubezpieczeń czy reformy podatkowe powinny być jej elementem. Tymczasem Zyta Gilowska podejmuje działania niezgodne z zasadami sztuki. Dziwi mnie to, że w dziedzinie reformy finansów publicznych nic się nie dzieje — gdyby było inaczej, opinia publiczna powinna znać chociaż założenia zmian.
Ostatnie miesiące to stracony okres, a na podstawie działań rządu trudno ocenić, jakie poglądy na gospodarkę i finanse ma Prawo i Sprawiedliwość, więc trudno także ocenić, jakie poglądy ma Zyta Gilowska i czy je zmieniła.
Mogę jednak podejrzewać, że tak się stało. Nie ulega bowiem wątpliwości, że nawet jeśli ktoś miał złudzenia co do prawidłowego podejścia Prawa i Sprawiedliwości do gospodarki, musiał je stracić w momencie wejścia do rządu Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin — populistyczne poglądy ekonomiczne tych partii są powszechnie znane. Trudno sobie wyobrazić, że nie wpłyną one na politykę rządu. Jeśli Zyta Gilowska zdecydowała się zostać, to niestety podejrzewam, że podejmując tę decyzję założyła, że zgodzi się na wiele rzeczy, które ten rząd zaproponuje, a które nie będą zgodne z jej wcześniejszymi poglądami gospodarczymi.
Adam Szejnfeld, poseł PO, wiceprzewodniczący sejmowej komisji gospodarki, członek komisji skarbu