Liczba w tytule jest oszałamiająca, ale właśnie tyle związków skojarzył Ogólnopolski Ośrodek Wychodzenia z Samotności Czandra.
Stylowa kamienica w centrum Warszawy. Wchodzi młody chłopak, którego poznana przez internet „druga połówka“ okazała się mężczyzną. Albo gwiazda serialu skupiającego przed ekranami kilkumilionową publiczność. Prezenter z własnym programem w telewizji publicznej. Studentka z Ukrainy. Biznesmen płacący 1,5 tys. zł dziennie za wynajem apartamentu w stołecznym hotelu.
Czego szukają tam ci wszyscy ludzie? Miłości.
Tam — czyli w biurze matrymonialnym Czandra Magdy i Adama Grzesiaków.
Rudera na starcie
Oboje zajęli się prowadzeniem ośrodka ponad 10 lat temu.
— Samo biuro ma nieco dłuższą historię. Powstało 22 lata temu z inicjatywy grupy studentów. Po pewnym czasie biznes przestał ich jednak interesować i postanowili pozbyć się deficytowej firmy — opowiada Magda Grzesiak.
Interes przejęła znajoma Grzesiaków, do spółki wciągnęła panią Magdę. Zdecydowało jej doświadczenie. Skończyła studia na Wydziale Psychologii i Pedagogiki na UW i odpracowała swoje w odwyku. Przez rok pracowały razem, potem wspólniczce się znudziło. Małżeństwu pozostało jedno wyjście — odkupić firmę. Zapłacili 20 tys. zł, a co dostali w zamian?
— Wynajęty lokal w sypiącej się kamienicy, bazę danych liczącą kilkudziesięciu klientów płacących po 5 zł miesięcznie i nazwę. Tyle mieliśmy na starcie — mówi Adam Grzesiak, współwłaściciel Czandry.
Z takim bagażem Grzesiakowie postanowili rozkręcić interes. Najpierw ustalili priorytety.
Po pierwsze — odrestaurować lokal.
Po drugie — przygotować kwestionariusz, który wypełnią klienci.
Po trzecie i czwarte — stworzyć komputerowy program doboru osób figurujących w bazie i znaleźć osoby, które komputer dobierze.
Po piąte — w ogóle nie myśleć o pieniądzach.
Japiszony i samoloty
Od tego czasu minęła cała dekada i ośrodek z deficytowej ruiny przekształcił się w najbardziej wydajne biuro matrymonialne w Polsce.
— Najczęściej przychodzą do nas przedstawiciele pokolenia yuppie — zdolni, bogaci, odnoszący sukcesy w pracy, ale nieradzący sobie w sferze uczuć — tłumaczy Magda Grzesiak.
Grzesiakowie wspólnie z dwójką pracowników obsługują kilkaset osób miesięcznie. W gigantycznej bazie znaleźć można wszystko. Co ciekawe, silną grupę przedstawicieli mają piloci i stewardesy.
— Kiedyś znaleźliśmy partnera dla pani z obsługi lotów. Zabrała go na imprezę integracyjną pracowników LOT. Koleżanki na wieść o tym, gdzie znalazła takiego fajnego faceta, najpierw pospadały z krzeseł, potem tłumnie przywędrowały do nas. Można powiedzieć, że obsługujemy Polskie Linie Lotnicze LOT — śmieje się Adam Grzesiak.
Samotność w sieci
Mało kto o Czandrze nie słyszał. Od kiedy tylko w eterze pojawiły się prywatne stacje telewizyjne, właściciele biura regularnie występują w wielu programach.
— To dało nam niesamowitego kopa. Słaby rok mamy wtedy, gdy bierzemy udział tylko w kilkunastu programach telewizyjnych i radiowych — mówi Adam Grzesiak.
Ośrodek ograniczył promocję w prasie. Grzesiakowie postawili na internet. Jak tylko zaczął działać w Polsce, zamieścili swoją stronę www.czandra.com.pl. Teraz szukają klientów głównie poprzez reklamę w sieci i linki sponsorowane.
— Na podstawie bazy klientów opracowujemy rozbudowane statystyki. Przykładowo — brakuje kobiet w przedziale wiekowym 30-40 lat, wiemy, że to do nich musimy skierować naszą ofertę i szukać sposobu, by właśnie do nich dotrzeć — opowiada Magda Grzesiak.
Tuż nad kreską
Właściciele Czandry nie boją się przyszłości. W Polsce żyje 6 mln samotnych — klientów nie bra- kuje. Owszem, internetowe wersje biur matrymonialnych, takie jak www.sympatia.onet.pl, stanowią konkurencję, jednak blisko 35 proc. osób zgłaszających się do ośrodka to ludzie zniechęceni znajomościami z sieci. Inne „kluby samotnych serc” też nie są wielkim zagrożeniem.
— Co roku w Warszawie powstaje 20-25 biur matrymonialnych. Dłużej niż rok utrzymuje się mniej niż 5 proc. Tak to jest, gdy nie liczy się człowiek, ale jego pieniądze — podkreśla Adam Grzesiak.
Czy to dobry interes? Grzesiakowie tylko się uśmiechają. Zyski są, ale nie jest to tak dochodowy biznes, jak się niektórym wydaje. Czasem zdarza im się myśleć, za co zapłacą rachunki. Mimo to nie zamieniliby go na żaden inny.
