2011 zapowiada się rokiem Wyszehradu

Jacek Zalewski
opublikowano: 21-07-2010, 00:00

Cykliczne szczyty Grupy Wyszehradzkiej, wszystko jedno, głów państw czy szefów rządów, swoją miałkością biją posiedzenia Rady Europejskiej na głowę. Z bliźniaczo podobnych komunikatów wynika, że V4 (Visegrad Four) ma się świetnie, a będzie jeszcze lepiej. Tymczasem już od negocjacji akcesyjnych Polski, Czech, Słowacji i Węgier z Unią Europejską wiadomo, że udziałowcom Wyszehradu nie po drodze. I nic się nie zmieniło na lepsze po wstąpieniu sześć lat temu całej naszej czwórki do UE.

Najciekawszym wątkiem wtorkowego szczytu premierów w Budapeszcie było niemal całkowita wymiana uczestników. Donald Tusk stażowo może czuć się już dziadkiem, albowiem w pozostałych państwach po niedawnych wyborach odstawiona została na bok długo rządząca lewica z populistami, a rządy objęli nowi ludzie. Gospodarzem szczytu był Viktor Orban (ale on po ośmiu latach do władzy wrócił), Czechy reprezentował Petr Neczas, a Słowację — pani premier Iveta Radiczova. Osobiście już nie pamiętam, ile tych premierowskich składów widziałem.

Wyszehrad ma szansę odegrać poważniejszą rolę polityczną w roku przyszłym. Z kalendarza tak wyszło, że prezydencję Unii Europejskiej w pierwszej połowie 2011 sprawują Węgry, a w drugiej Polska. Stwarza to niepowtarzalną możliwość zwrócenia uwagi całej wspólnoty na sprawy istotne dla naszego regionu, na partnerstwo wschodnie etc. No tak, ale Węgry nie mogą nadal być kamieniem u szyi całej czwórki. Bez wyjścia forinta na prostą i ustabilizowania sytuacji finansowej wszelkie plany i programy nie mają sensu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu