Rząd próbuje zrealizować zapowiedzianą w 2019 r. w exposé premiera Mateusza Morawieckiego obietnicę wprowadzenia w naszym kraju tzw. estońskiego CIT, przyznającego ulgi podatkowe spółkom reinwestującym zyski. W środę projekt ustawy opublikowało Ministerstwo Finansów. Przewiduje on dla małych i średnich spółek z o.o. i akcyjnych dwa warianty nowego opodatkowania (opis w ramce).

MF oszacowało, że z nowych zasad opodatkowania CIT będzie mogło skorzystać tylko ok. 35 tys. firm, bo jedynie tyle spełniałoby zapisane w projekcie warunki. Policzyło, że w ciągu pierwszych czterech lat firmy zyskałyby ok. 13 mld zł kosztem finansów państwa, zaś w kolejnych sześciu latach państwo odzyskałoby ok. 7 mld zł, więc łączny zysk spółek sięgnąłby 6 mld zł w 10 lat.
Istotą tzw. estońskiego CIT (podatek z sukcesem wprowadzony przez ten kraj w 2000 r.) jest uzyskiwanie fiskalnych preferencji dzięki przeznaczaniu zysku na inwestycje i rozwój (np. kupowanie środków trwałych, jak maszyny i urządzenia). Podatek pojawia się więc dopiero przy wypłacie zysków poza spółkę (np. w formie dywidendy). Środowiska biznesowe w Polsce od dawna czekają na takie rozwiązanie, tym bardziej że obecnie spółki z o.o. i akcyjne są opodatkowane podwójnie: raz na poziomie spółki, a drugi raz na poziomie wspólników. Niestety z nowych rozwiązań będą mogli skorzystać nieliczni płatnicy CIT.
„Wsparcie państwa nie odbywa się na warunkach korzystniejszych niż przy obecnie istniejących. Nowe zasady wprawdzie zmieniają sposób ustalania podstawy opodatkowania i termin powstania obowiązku podatkowego jak i zapłaty podatku, lecz jednocześnie przewidują wyższą nominalną stawkę podatku CIT. W każdym przypadku stawki te są wyższe od obecnych o 6 punktów procentowych” — przyznaje resort finansów.
„W świetle powyższego należy uznać, że nowy system opodatkowania nie jest udzielany na warunkach korzystniejszych niż oferowane na rynku” — podaje MF.
Podkreśla, że jego propozycje to „alternatywny reżim opodatkowania” dający chętnym większe możliwości wyboru rozliczeń z fiskusem.
Ministerstwo Finansów twierdzi, że jego propozycje dadzą firmom silny impuls inwestycyjny.
„Oba warianty mają charakter silnie proinwestycyjny i wspierający wzrost gospodarczy. Zakłada się, że zarówno przesunięcie w czasie obowiązku podatkowego, jak i szybsze rozliczenie inwestycji w kosztach podatkowych będzie stanowić dla przedsiębiorców zachętę inwestycyjną. Wzrost inwestycji przyczyni się do utworzenia nowych miejsc pracy i pobudzenia popytu krajowego” — czytamy w uzasadnieniu projektu.
Eksperci widzą szklankę do połowy pustą
— Oczywiście, że rozwiązanie polegające na odroczeniu płacenia podatku jest dobre dla spółek, lecz obawy może budzić mnogość warunków, od spełnienia których zależeć będzie prawo do skorzystania z tego rozwiązania. To znacznie ogranicza krąg beneficjentów. Ten projekt nie jest tożsamy z estońskim CIT, który jest powszechny i szeroko stosowany w Estonii. U nas skorzystają z tego tylko nieliczni wybrańcy. Może też się tak zdarzyć, że niektórzy będą zmuszeni zapłacić jeszcze wyższy podatek, gdy nie spełnią warunków odpowiednio wysokich inwestycji. To może działać odstraszająco — mówi Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.
Zastrzeżenia ma też Przemysław Pruszyński, ekspert podatkowy Konfederacji Lewiatan.
— Idea jest słuszna, lecz niektóre warunki skorzystania z nowego opodatkowania powinny zostać zmienione. Na przykład za niski jest pułap 50 mln zł rocznych przychodów. Powoduje on, że z nowego rozwiązania skorzystałyby w zasadzie tylko małe spółki. Ten limit powinien zostać wyraźnie podniesiony. Będziemy o to apelować. Podobnie rzecz się ma z warunkiem, że udziałowcami mogą być tylko osoby fizyczne. To kolejna bariera. Generalnie projekt oceniam pozytywnie. Faktem jest, że ci, którzy nie spełnią ustawowych pułapów inwestycji, wpadną w wyższe stawki CIT, lecz wydaje się, że w sumie efektywne opodatkowanie będzie niższe niż obecnie — mówi Przemysław Pruszyński.