Małym drogeriom dziękujemy — z takiego założenia wyszedł Inglot i rzucił się na głęboką wodę.
613 mln zł. Ta liczba może robić wrażenie. Tyle jest wart rynek kosmetyków kolorowych, czyli produktów do makijażu twarzy, oczu, ust i paznokci. W ubiegłym roku sprzedano ich 54 mln sztuk. Ale dla Wojciecha Inglota, który zajmuje się kosmetykami kolorowymi od 1987 r., Polska to za mało. Założyciel firmy — z wykształcenia chemik — postanowił skoncentrować uwagę na ekspansji zagranicznej. Prezes przemyskiego Inglotu chce skromniutką sieć — na razie złożoną z 11 sklepów — rozwinąć do około 80. I to do końca tego roku.
— W tym roku będziemy otwierać sklepy w USA, Arabii Saudyjskiej, Kuwejcie, jak również kolejne w Australii, Wielkiej Brytanii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Kanadzie — wylicza Wojciech Inglot.
Koszty są oczywiście znacznie większe niż w kraju.
— Otwarcie jednego sklepu w Polsce wiąże się z minimalnym wydatkiem rzędu 200 tys. zł. Poza Polską na jeden sklep w galerii handlowej trzeba wydać około 300 tys. USD, z czego 100 tys. USD inwestujemy my, resztę franczyzobiorcy — mówi Wojciech Inglot.
Prawie wszystkie zagraniczne sklepy są franczyzowe, ale taki podział kompetencji jest opłacalny. Poza Polską produkty marki Inglot są sprzedawane za cenę co najmniej 100 proc. wyższą niż w kraju.
— Pomadka, którą w Polsce można kupić za 19 zł, w Kanadzie jest dostępna za jakieś 15 USD — mówi Wojciech Inglot.
W Polsce działają 144 punkty sprzedaży Inglot, w tym: 52 sklepy własne, 34 franczyzowe i 58 stoisk.
— Polski rynek jest w stanie pomieścić jeszcze około 100 sklepów z naszym logo. Dajemy sobie na to kilka lat — twierdzi Wojciech Inglot.
Krajowa selekcja
W kraju doszło do swoistej weryfikacji. W ciągu ostatnich dwóch lat Inglot wycofał produkty z 1200 niezależnych drogerii w całej Polsce. Teraz kosmetyki są dostępne w blisko 850 multibrandowych sklepach drogeryjnych.
— Docelowo zostaniemy w 600 drogeriach. Wycofaliśmy się z wielu mało ciekawych punktów, gdzie nasze produkty leżały na półkach z innymi kosmetykami. Poza tym w wielu multibrandowych drogeriach często eksponowana jest jedynie skromna część naszej kolekcji. To też nam nie odpowiada. Zostaniemy w takich sklepach, gdzie będziemy mogli sprzedawać całą kolekcję — tłumaczy Wojciech Inglot.
Różowe prognozy
Zarząd firmy prognozuje, że 2006 r. zakończył się z obrotami na poziomie 69 mln zł i zyskiem 5,7 mln zł. Na koniec tego roku spodziewa się wzrostu przychodów o 70 proc. i zysku o 80 proc. W ubiegłym roku eksport stanowił 10 proc. sprzedaży, na koniec tego Inglot zapowiada wzrost do 30 proc.
— Docelowo będziemy dążyć do tego, by sprzedaż krajowa stanowiła 10 proc. — mówi prezes.
Fabryka w Przemyślu zostanie rozbudowana. Jej powierzchnia wzrośnie z 10 do 15 tys. mkw. Na inwestycje w tym roku firma wyda około 10 mln zł.