A co to ołąncho? Wyjaśnią nad Leną

Michał Książek
opublikowano: 30-11-2007, 00:00

Lenin nigdy nie dotarł do Jakucka. Władza radziecka — owszem. Choć nieco później niż w inne zakątki Syberii. Cóż, wszak to miasto „za horyzontem”.

Przy prospekcie imienia wodza rewolucji stoi ogromny pomnik wodza rewolucji. Włodzimierz Iljicz podnosi rękę w geście autostopowicza — jakby chciał zatrzymać pędzące pod nim samochody. Auta się nie zatrzymują. Stają za to studenci. Machają do wodza i proszą mnie, żebym zrobił im zdjęcie. Lenin nie mieści się w obiektywie, muszę obciąć mu głowę. Trudno.

Koncert w muzeum

Studenci są rozmowni. Opowiadają, że sowieckie rządy zastały Jakuck drewnianym. Dzisiejsza zabudowa to szeregi betonowych sześcianów. Tu i tam błyśnie szkło czy aluminium, zwiastun nowych czasów i mód. Jedynym miłym dla oka akcentem na prospekcie Lenina są dwa budynki z początku XIX wieku: biblioteka i dom sądu okręgowego. Projektował je polski zesłaniec Klemens Leszewicz.

Pytam o słynne chałupy z bali i o basztę Tygyna, pozostałość XVII-wiecznej warowni. Okazuje się, że najwięcej „dieriewiaszek” ostało się w rejonie miasta zwanym Załog, baszta zaś spłonęła. Bo choć Tygyn był jakuckim wodzem walczącym z kozakami, administracja miasta — zamiast troszczyć się o basztę, w której ponoć był więziony i zginął — buduje... nowe stare miasto. Tak, to nie pomyłka! Nie chroni się i nie rekonstruuje starego, lecz stawia od nowa. Rozebrano nawet sędziwą, XVIII-wieczną warzelnię soli. Pewnie była komuś solą w oku...

Aż dziw, że zachowała się cerkiew Przemienienia Pańskiego z 1838 r. Obok niej, przy ulicy Kirowa, błękitnymi okiennicami wabi domostwo z końca XIX wieku — Muzeum Muzyki i Folkloru Narodów Jakucji. Jego siedem sal poświęcono tradycji muzykowania na Syberii: w tundrze, w tajdze i w górach. Można usłyszeć m.in. fragmenty jakuckiego eposu ołąncho. Ale to niejedyne z 10 muzeów Jakucka, w którym posłucha się muzyki narodów północy. Koncerty gra również przewodnik po Muzeum Drumli, gdzie można sobie kupić ten oryginalny jakucki instrument.

„Pajechali!”

Mając w uszach dźwięki z ołąncho, za radą studentów jadę — autobusem nr 8 — z placu Lenina na ulicę Kułakowskiego. Pojazdem tak małym, że nie mogę się wyprostować. Cóż, Jakuci są dużo mniejsi aniżeli Słowianie. Spokojnie stoją, zerkając z uśmiechem na przydużego „inostrańca”. Autobus to jakaś tajemnicza marka. Przypomina eksponat z muzeum motoryzacji. Pudełko o długim nosie, na archaicznych kołach, z drzwiami zamykanymi długą wajchą, którą kierowca szarpie, gdy krzyczy na cały autobus: „Pajechali!”.

Dobra dusza (dużo niższa ode mnie) podpowiada, że na Załog to tutaj. Wychodzę na wolność obok kina Lena — pierwszego w republice i tej części Syberii. Tuż za węgłem rozciąga się Załog właśnie. Wśród domów wzniesionych z potężnych bali czuję się jak w skansenie — tyle że zamieszkanym.

Wyglądającą zza płotu męską głowę pytam, ile lat ma stojący za nią dom: prawie sto — zbudowano go tuż przed rewolucją. Ściany ułożono z bali „w obło z ostatkom”, późniejsze domostwa budowano „w łapę”. Pierwsza metoda polega na tym, że zbiegające się u szczytu ściany końce bali wystają, zaś według drugiej — obcięte tworzą gładki węgieł domu.

Gdzieś tu Ryszard Kapuściński spotkał małą dziewczynkę i rozmowę z nią opisał w „Imperium”. Był to opis przygnębiający, tymczasem wypełnione dziećmi ulice sprawiają wrażenie wesołych. Po dwóch godzinach włóczęgi znam już Załog na pamięć. Znam też panią Walerię ze sklepu przy ul. Czernyszewskiego. Zmęczonemu wędrowcowi proponuje napój (zaprawiony chmielem) o nazwie Ellej.

— Kim był ów Ellej? — pytam nowej znajomej, a w odpowiedzi słyszę ciekawą historię.

Ellej to zięć Omogoja, legendarnego przodka Jakutów. Zręczny i dzielny Ellej, mądrze gospodarząc, założył silny ród. Pierwszy też celebrował ysyach — jakuckie święto powitania lata. Jego punkt kulminacyjny to ofiara z kumysu składana bóstwom Ajyy. Jakuci wciąż obchodzą to święto podczas najdłuższego dnia w roku.

Domy na lodzie

Odpoczywając przed sklepem, dostrzegam, że jego podłoga znajduje się poniżej ulicy. Dociera do mnie, że miasto stoi na lodzie. Kiedy zmarzlina topnieje, budynki wpadają w głąb wiecznego lodu.

— Lepiej to widać w najstarszych domach — komentuje moje zdziwienie pani Waleria.

W XIX wieku kupiec Szergin koniecznie chciał wywiercić w Jakucku studnię. Nie wiedział, że średnia grubość zmarzliny wynosi 300 m. Robotnicy kopali przez 10 lat, a na dnie szybu wciąż zalegał lód. Dopiero gdy wykop miał głębokość 115 m i nie dało się w nim oddychać, prace przerwano...

Dziś wodę czerpie się z rzeki Leny. A zimą — z lodu. Bryły leżą w obejściach, obok stosów drewna. Wrzucone do wielkiej beczki, topnieją przy piecu.

Błądząc po drewnianym Jakucku, zobaczyłem też, ile tu — na 62. stopniu szerokości północnej! — ptaków. Po kałużach skaczą pliszki siwe, na wierzbie hałasuje dzięcioł duży, a na płotach — wróble. Te ostatnie, w przeciwieństwie do dzięciołów i pliszek, wytrzymują w mieście całą zimę. Dzięki ciepłu z rur ciepłowniczych, w których izolacji się zaszywają. Znajomą głowę pytam, jakie inne ptaki żyją w mieście.

— Kiedyś na 1 Maja wypuścili gołębie. Ale na Nowy Rok już ich nie było. Wymarzły — odpowiada.

Tonę w sierpniowym upale. Trudno jakoś uwierzyć, że niedaleko Jakucka leży biegun zimna. Że za kilka miesięcy te same ulice skuje 50-stopniowy mróz. Bo latem jest tu ciepło. Najwyższa temperatura odnotowana w mieście w latach powojennych to plus 38 stopni. Najniższa — minus 64.

— Różnica wynosi 102 stopnie Celsjusza — słyszę następnego dnia w Muzeum Wiecznej Zmarzliny.

Polski akcent

Jakuck nie jest już tym syberyjskim drewnianym grodem, jaki podziwia się na starych fotografiach. Załog to cząstka niemal 300-tysięcznego miasta. Po upadku ZSRR republika zaczęła na nowych zasadach gospodarować diamentami, wydobywanymi na jej ziemiach. Korzystnie odbiło się to na wizerunku stolicy. Powstał wielki cyrk, hotel Polarna Gwiazda, nowy stadion. Ówczesny prezydent Jakucji, Michaił Jefimowicz, był tak dumny ze sportowej inwestycji, że złośliwi nazywali go Stadionowicz zamiast Jefimowicz. Ale stadion Tujmaada rzeczywiście robi wrażenie!

Ja jednak wracam na prospekt Lenina, by obejrzeć jeszcze jeden drewniany, ważny dla historii miasta dom: XIX-wieczny budynek z zachowanymi okiennicami i gzymsem. Tu, w 1904 roku, zbuntowało się przeciwko złemu traktowaniu blisko 60 zesłańców. Kozacy ostrzelali budynek, zabijając człowieka. Komuniści uznali ten bunt za jaskółkę rewolucji. Może dzięki temu dom uchował się przez lata?

Pośród buntowników na pewno znaleźli się Polacy — zesłańcy polityczni. Tymczasem pierwszy Polak w Jakucku nie był „politzakluczonnym”. Zesłano go w 60. latach XVII wieku za... fałszowanie monet! Nie wiadomo, jakim cudem ów Konstanty Koniuchowski uniknął najsurowszej kary za fałszerstwo: pojenia płynnym ołowiem i odcięcia prawej dłoni. Odsiadywał karę w lochu wykopanym w ziemi.

Autem po wodzie

Miasto otaczają myraang — pagórki wznoszące się łańcuchami wzdłuż doliny Leny. Wiosną, gdy rzeką spłynie lód, młodzież wylega na myraang, by piec kiełbaski przy ogniu. I podziwiać, jak malownicza i szeroka jest Lena 1500 km przez ujściem do Morza Łaptiewów. Wody miejscami w ogóle nie widać — tylko Jakuck po horyzont i daleko za nim odległy brzeg. Ale taka przejrzystość zdarza się wyłącznie latem i we wrześniowe, chłodne dni, kiedy po porannym przymrozku widoczność sięga kilkunastu kilometrów. Zimą miasto i okolice spowija smog i mgła jak wata. W gęstych oparach zmieszanych ze spalinami przechodnie zostawiają na ulicy korytarze...

Ale dzięki niskim temperaturom rzeka staje się przejezdna — na kilka miesięcy w roku. To ważne, bo — jak czytam w lokalnej gazecie — nie udało się zbudować mostu przez Lenę. Na wysokości miasta jej szerokość przekracza 8 km! Latem samochody przewozi prom, zimą przejeżdżają po lodzie. Owe kilka kilometrów jedzie się nawet 40 minut. Łatwo wpaść w szczelinę bądź ugrzęznąć pod lodowym pagórem albo w zaspie. Gazeta przytacza historię kierowcy, który pomylił drogę i zamiast w poprzek rzeki jechał wzdłuż jej biegu. Tak długo, aż zorientował się, że nie tędy droga.

„Zmiany nadchodzą nieuchronnie” — komentuje autor tekstu. Ma na myśli kolej, której nasyp — budowany w południowej Jakucji — za kilka lat dotrze do stolicy republiki. Jej mieszkańcy liczą na tłumy turystów. I słusznie.

Bo żeby zobaczyć Rosję „za horyzontem”, wystarczy bilet za 450 złotych! Z Moskwy, rzecz jasna.

Michał Książek

Foto: autor

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Książek

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu