„Puls Biznesu”: Na rynku bankowości inwestycyjnej pojawia się w Polsce jeden bank za drugim.
Krzysztof Kalicki, prezes Deutsche Bank Polska: Cieszymy się, że jest konkurencja, bo to oznacza, że rynek będzie rósł. Takie też są nasze prognozy dotyczące popytu na ofertę banków inwestycyjnych. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej globalnych instytucji. Niektóre już tutaj były. My jesteśmy w Polsce nieprzerwanie od 20 lat. W przeciwieństwie do niektórych konkurentów, nie prowadzimy biur z kilkoma pracownikami, lecz od wielu lat zatrudniamy cały sztab specjalistów od bankowości inwestycyjnej. Poza tym jako grupa oferujemy usługi dla różnych segmentów rynku. Oprócz bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej mamy więc własne biuro maklerskie, asset management oraz bank detaliczny, który obsługuje kilkaset tysięcy zamożnych klientów oraz małe i średnie firmy. Mamy mocny team w Warszawie, ale też w Londynie, gdzie działa dedykowany Polsce zespół, w którym pracuje wiele osób dwujęzycznych. Mamy długą historię obecności w Polsce i duże osiągnięcia. Braliśmy udział w emisji akcji PKO BP, BRE Banku, PZU. Że wymienię tylko kilka ostatnich transakcji.
Jak duży kawałek tortu ma do zaoferowania Ministerstwo Skarbu Państwa?
Jest pokaźny i oferuje możliwości dla wielu podmiotów. Dla banków liczy się to, że rząd pokazał determinację i chęć realizacji programu prywatyzacyjnego. A jest on szeroko zakreślony. Mamy za sobą prywatyzację PGNiG, PZU, Tauronu. Przed nami chemia, sektor energetyczny, być może przemysł ciężki, spółki kolejowe. Może nie będą to tak łatwe prywatyzacje jak te ostatnio, ale na tyle interesujące, że przyciągają uwagę głównych banków inwestycyjnych na świecie. Proszę pamiętać, że do Polski ściąga ścisła czołówka w tej branży. Przyjemnie pracować pod presją takiej konkurencji
IPO spółek skarbu państwa kiedyś się skończą, co dalej?
Kiedy prywatyzacja się zakończy, rozpocznie się proces poszukiwania kapitałów przez przedsiębiorstwa, które dzisiaj zalicza się do segmentu średnich firm, Żeby się rozwijać będą potrzebowały solidnej bazy. Będą więc emitowały akcje oraz instrumenty dłużne. Tuż przed kryzysem był taki moment, kiedy firmy prywatne rozpoczęły proces pozyskiwania kapitału z rynku. Zapowiadały się znaczące emisje, którymi zainteresowane były globalne banki. Przyszedł jednak kryzys i proces ten został okresowo wyhamowany. Teraz firmy z tzw. segmentu midcap na pewno powrócą do gry. Co ważne, jako Warszawa mamy też szansę na przyciągnięcie ciekawych emisji z regionu, ponieważ nasza giełda wydaje się być naturalnym wyborem dla spółek z Czech, Węgier czy Ukrainy.
Jaki jest teraz rynek instrumentów dłużnych?
Emisja obligacji dla Warszawy o wartości 200 mln euro z ubiegłego roku pokazuje, że nawet w kryzysie można korzystnie uplasować papiery. Zorganizowaliśmy miliardową emisję dla ministra finansów, dla województwa mazowieckiego, dla PKP. Rynek nie jest łatwy, ponieważ inwestorzy – z uwagi na sytuację w Grecji - znacznie uważniej obserwują poziom credit default swaps (CDS) i marże na innych walutach. Jednak percepcja ryzyka polskiej gospodarki jest naprawdę dobra. I mimo, że nie ma powrotu do marż sprzed kryzysu, warto pamiętać, że stopy są bardzo niskie. Przed kryzysem mieliśmy do czynienia z sytuacją odwrotną - marże były niższe, za to stopy były na wyższym poziomie. Mimo więc zmiany marż nie widać znacznego wzrostu cen kredytu.
Jak wygląda popyt na papiery samorządowe?
Jest niemały. W kryzysie cieszą się one większym zaufaniem niż większość papierów korporacyjnych. My oferujemy samorządom nie tylko emisje na rynek krajowy, euroobligacje, ale też inne instrumenty. Mamy dostęp do globalnych rynków, np. japońskiego, gdzie są inwestorzy, którzy mogą oferować finansowanie dla sektora publicznego, ale w jenach. Co ważne jest to długookresowe zaangażowanie. Dzisiaj jest trudno pozyskać finansowanie na 20-30 lat. A inwestorzy z Japonii są gotowi na tak długie inwestycje.
Jakiś samorząd zdecydował się na takie papiery?
Prowadzimy rozmowy z kilkoma miastami. Jedno z nich jest bardzo zainteresowane.
Czy jen nie jest zbyt podatny na wahania kursowe?
W ostatnim czasie przy wahaniach euro, jen nie jest niestabilną walutą. Zlecone przez nas analizy pokazują, iż w długiej perspektywie ryzyko, że będzie się umacniał jest niewielkie.
Jakie są korzyści z emisji w jenach?
Na samym oprocentowaniu można sporo zyskać, bo w Japonii są bardzo niskie stopy. Po drugie, u nas trudno znaleźć fundusze, które zaangażowałyby się na dłużej niż 20 lat. My takie finansowanie możemy pozyskać.
Jakiego rzędu emisje wchodzą w grę?
Ponieważ są to duże miasta, potrzeby finansowe wynoszą około 50 mln euro i więcej. Tak naprawdę od takich kwot układanie finansowania w jenach ma sens. Współpraca z inwestorami japońskimi ma jeszcze tę zaletę, że w przypadku euroobligacji trzeba uplasować na rynku całą transzę. Musi być rynek wtórny na dany papier, trzeba go więc zarejestrować na giełdach. W przypadku private placement, a taki charakter mają inwestycje realizowane w jenie, można dostosować długoterminowe finansowanie do profilu emitenta. Mamy przypadki, że klient nie chce jednorazowej emisji, lecz potrzebuje dopływu środków transzami. Tego typu bardziej złożone rozwiązania także jesteśmy w stanie przygotować korzystając z naszego lokalnego know-how i globalnej obecności.
Czy w tym roku uplasujecie taką emisję?
Zainteresowanych, jak wspomniałem jest kilka samorządów. Proces decyzyjny w sektorze publicznym nie jest prosty i w związku z tym długotrwały. Działamy też na bardzo konkurencyjnym rynku. Tym niemniej nasze poprzednie sukcesy pokazują, że tego typu transakcje są możliwe i mogą być bardzo korzystnym rozwiązaniem na pozyskanie kapitału dla emitentów.
Jak wygląda rynek euroobligacji?
Polska wciąż jest dobrze postrzegana i cały czas ma dostęp do rynku euro. Z tym, że mają na niego wejście tylko duże firmy, posiadające stosowny rating, najlepiej inwestycyjny. Tego typu oferty są więc dostępne dla sektora publicznego, czyli Ministerstwa Finansów oraz największych samorządów.
Sytuacja jest lepsza niż przed rokiem, gdy Warszawa plasowała emisję euroobligacji?
Patrząc na wyceny CDS-ów widać, że ich nieznaczny wzrost w ostatnim czasie. Miałem nadzieję, że będą nieustannie spadać, niestety przyszła druga fala kryzysu związana z Grecją, i to wpłynęło na bardziej restrykcyjną wycenę ryzyka. Rynki są zaburzone przez to, co dzieje się w krajach Europy Południowej, gdzie koszty CDS są wyższe niż dla Polski. Sytuacja jest niestabilna i żeby korzystnie uplasować emisje, trzeba wstrzelić się w odpowiedni moment. Nasze doświadczenie pokazuje jednak, że jest to możliwe.
Przeszło rok temu, gdy rozmawiałem z Panem o inwestycjach związanych z Euro 2012, mówił Pan, że nie widać projektów inwestycyjnych szykowanych pod mistrzostwa. Coś się zmieniło w tym względzie?
Nie ma takich klientów, którzy przychodzą z projektami skonstruowanymi konkretnie w związku z mistrzostwami. Pośrednio jednak takich inwestycji jest sporo. Jeżeli organizujemy finansowanie dla Autostrady Wielkopolskiej, jeśli pożyczamy pieniądze miastu, ministrowi finansów to wszystko to wpisuje się w przygotowania do Euro 2012. To samo dotyczy PKP oraz inwestycji infrastrukturalnych w kolej.
W tym ostatnim wypadku nie widać rozmachu inwestycyjnego.
Obserwuję kolej z perspektywy kilkunastu lat, gdyż jeszcze jako sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów miałem z PKP sporo do czynienia, i muszę stwierdzić, że ta organizacja, oczywiście w sposób często wymuszony, działając pod presją, dokonała jednak naprawdę dużej restrukturyzacji. Sporo jeszcze ma do zrobienia. Kolejne kroki to prywatyzacja części spółek, może poprzez giełdę. Wielkim projektem do zrealizowania, z udziałem takich banków jak nasz, jest budowa linii dużych prędkości. To jest do zrobienia. Przypomnę, że tuż przed kryzysem z sukcesem pomogliśmy w emisji obligacji PKP, które po raz pierwszy nie miały gwarancji skarbu państwa. Zatem gdyby nie kryzys spółka byłaby dla inwestorów dostatecznie wiarygodna na rynku instrumentów dłużnych. Niestety, wraz załamaniem finansowych zaufanie znacznie się zmniejszyło. Nie tylko do „kolejarzy”, ale do wszystkich. Polska i nasze firmy stały się pośrednio ofiarą sytuacji za granicą. Mimo to jesteśmy wiarygodnym krajem. Żeby jednak nie stracić tego kredytu zaufania musimy zabrać się poważnie za reformy. Jest naprawdę dużo do zrobienia. Na pewno trzeba dokonać przeglądu struktury wydatków budżetowych. Nie będzie to łatwe, szczególnie w czasie permanentnych wyborów. Kraje G20 wskazały jednak kierunek zmian, czyli szybkie obniżanie deficytów. Musimy podążać tą ścieżką, bo inaczej będziemy źle postrzegani na rynkach finansowych. Na razie nie mamy z tym problemów, cieszymy się dobrą opinią, inwestorzy chcą u nas inwestować. Oczywiście na warunkach rynkowych. Nie płacimy ani mniej ani więcej, płacimy tyle co inni uczestnicy rynków międzynarodowych.
Rozmawiał: Eugeniusz Twaróg