Aby przeczekać do eurowyborów

02-08-2018, 22:00

We wczorajszym komentarzu „Tak czy inaczej będzie awantura” zasygnalizowałem otwarcie kolejnego frontu w starciach PiS z instytucjami unijnymi.

We wczorajszym komentarzu „Tak czy inaczej będzie awantura” zasygnalizowałem otwarcie kolejnego frontu w starciach PiS z instytucjami unijnymi. Nowym powodem będzie tzw. dobra zmiana trybu wybierania polskich posłów do Parlamentu Europejskiego (PE), niszcząca obowiązkową proporcjonalność i przyznająca PiS bezzasadną premię kilku mandatów. Dopóki jednak prezydent Andrzej Duda kodeksowej nowelizacji nie podpisze — konflikt jest potencjalny. Całkowicie realnie natomiast rozwija się wojna o stan praworządności w Polsce. Rząd dotrzymał miesięcznego terminu i wczoraj przekazał Komisji Europejskiej (KE) odpowiedź na zarzuty podniesione w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Generalny wydźwięk obszernej odpowiedzi rzecz jasna nie różni się od wcześniejszych — KE ma się odczepić i basta, bo według PiS nie ma uprawnień do wtrącania się w przejmowanie sterów polskiego sądownictwa przez kadry wierne tzw. dobrej zmianie.

Zobacz więcej

Jesienią 2019 r. Frans Timmermans kończy kadencję. Mateusz Morawiecki również, ale nie wyobraża sobie nieprzedłużenia stanowiska premiera. Fot. Andrzej Hulimka

Wybory do PE odbędą się w weekend 23-26 maja 2019 r., zatem do końca kadencji pozostaje efektywnie osiem miesięcy. Co prawda KE pod przewodnictwem Jean-Claude’a Junckera będzie urzędowała aż do jesieni, ale to już czyste administrowanie. Horyzont czasowy zaczyna wyznaczać taktykę w wojnie PiS z instytucjami UE — rząd gra na przeczekanie, wiadomo przecież, że np. wiceprzewodniczący Frans Timmermans nie ma żadnych szans na objęcie teki holenderskiego komisarza w nowej KE 2019-24. Notabene taktyka przeczekania dotyczy także zupełnie innego wątku — wieloletnich ram finansowych 2021-27. W krytyce projektu wniesionego przez KE rząd PiS akurat nie jest odosobniony, projekt nie podoba się praktycznie nikomu. Dlatego naiwnym chciejstwem obecnej KE jest doprowadzenie do zatwierdzenia wieloletnich ram do końca kadencji.

W tej sytuacji jedynym grubym problemem, którego nie da się kalendarzowo przepchnąć, jest brexit. 29 marca 2019 r. to ostatni dzień członkostwa Zjednoczonego Królestwa w Unii Europejskiej. Termin w obecnej kadencji jest niewzruszalny i nieprzekraczalny. Tegoż samego dnia ze stanem negocjacji unijno-brytyjskich zapoznała się zaniepokojona Rada Ministrów. Tzw. identyfikacja ryzyk, związanych z możliwym wyjściem Wielkiej Brytanii bez umowy, rozpoczęła się u nas już na początku kwietnia. Realnie wszystko rozstrzygnie się na szczycie Rady Europejskiej 18 października. W zasadzie 80 proc. umowy uzgodniono, nadal nie ma postępu dotyczącego np. roli Trybunału Sprawiedliwości UE, ale najgrubszą kością niezgody jest granica lądowa między Republiką Irlandii a Irlandią Północną, która obecnie praktycznie nie istnieje. Następnego dnia po brytyjskim referendum Dublin zaproponował Belfastowi — Irlandia Północna głosowała zdecydowanie przeciwko brexitowi — porzucenie królewskiego funta i przyłączenie się do republiki z euro. Wtedy był to oczywiście polityczny żart, ale dzisiaj Zielona Wyspa okazuje się kamieniem u szyi polubownego brexitu… © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Aby przeczekać do eurowyborów