Wakacje dopiero się zaczęły i potwór z Loch Ness jeszcze się na czołówki mediów nie przebił. Ale nie wiadomo, czy w tym roku w ogóle tam trafi, bo znalazł godnego rywala — mianowicie traktat z Lizbony. I o jednym, i o drugim wszyscy mówią, a tak naprawdę plezjozaura ze szkockiego jeziora niemal nikt nie widział, traktatu zaś niemal nikt nie czytał.
Oświadczenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, że według niego traktat z Lizbony jest martwy — dopóki nie nastąpi zwrot w postawie Irlandczyków — wywołała ostre reakcje i premiera Donalda Tuska, i przewodzącego od trzech dni Unii Europejskiej prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego. Obaj nie przyjmują do wiadomości, że adresatem próśb o ratyfikację powinien być kto inny — mianowicie starszy od Lecha o 45 minut Jarosław Kaczyński. Jest to zgodne z logiką historii, bo skoro rok temu o zapisach traktatu zdecydował jego telefoniczny głos z Warszawy, nie zaś przebywającego na szczycie w Brukseli prezydenta — to czemu inaczej miałoby być z ratyfikacją. Nie ma tu nic do rzeczy okoliczność, że wtedy Jarosław Kaczyński był premierem, a dzisiaj jest tylko liderem opozycji — braterska hierarchia pozostaje nienaruszalna. Zresztą tezę o martwocie Lizbony prezes PiS postawił już dawno, a prezydent ją za bratem tylko powtórzył.
Premier Donald Tusk może zarzucać prezydentowi, że głowa państwa zrywa słynny kompromis helski. Przypomnijmy, że został tam dobity targ — ratyfikacja traktatu za ustawę regulującą kompetencje najwyższych władz w polityce międzynarodowej. Nie uzgodniono jedynie szczegółu, ale mającego wymiar wręcz kosmiczny — mianowicie, jak ustawa ma uregulować owe kompetencje. Obie strony doskonale wiedzą, że na biurko prezydenta ustawa trafi w wersji, którą on będzie mógł jedynie zawetować. Ale w ten sposób helska umowa zostanie przez stronę rządową wykonana, zatem przyjdzie czas na ratyfikacyjny podpis prezydenta… Dlatego wynik referendum w Irlandii stał się dla braci Kaczyńskich prawdziwym kołem ratunkowym.
Ale koniecznie wypada odnotować, że front przeciw ratyfikacji traktatu zaczyna się rozbudowywać. Największy eurosceptyk, prezydent Václav Klaus, pełen nadziei czeka na decyzję sądu konstytucyjnego, rozpatrującego wniosek Senatu o zbadanie zgodności Lizbony z konstytucją Czech. Również w Niemczech wypowie się trybunał i do czasu jego wyroku wykluczone jest złożenie końcowego podpisu przez prezydenta Horsta Köhlera. I to właśnie procedura w tych państwach — a nie kunktatorstwo prezydenta Kaczyńskiego — praktycznie wyklucza, że do 31 grudnia 2008 r. zostaną skompletowane dokumenty ratyfikacyjne z 26 unijnych państw, które nie organizowały u siebie referendum.
Jacek Zalewski