Ale mają fajnie!

Radosław Omachel
08-03-2004, 00:00

Dowiedz się, czy masz szansę, by jeszcze na studiach zainteresowali się tobą wysłannicy renomowanych firm i czy grozi ci shushin koyo albo — nie daj Boże! — karoshi.

Rok akademicki w Japonii trwa od kwietnia do marca. Zazwyczaj studenci rozpoczynają poszukiwania pracy na III roku, zimą — mniej więcej rok przed ukończeniem nauki. Na celowniku są duże koncerny — z Sony na czele. Producent sprzętu elektronicznego od lat okupuje I miejsce w prowadzonych przez uczelnie rankingach najatrakcyjniejszych pracodawców. Ale co roku struktury Sony uzupełnia zaledwie kilkadziesiąt osób — z dziesiątek tysięcy absolwentów.

Kryzys?

— Wbrew obiegowej opinii, absolwenci japońskich szkół wyższych nie przebierają w propozycjach zatrudnienia. Na ofertę zgodną z wykształceniem i oczekiwaniami finansowymi trzeba nieraz długo czekać. Bo sytuacja na rynku pracy się pogarsza — mówi Takashi Tsuchiya, zastępca dyrektora w warszawskim oddziale Jetro — Japońskiej Organizacji Handlu Zagranicznego.

Bezpośrednio po studiach pracę znajduje 7 z 10 świeżo upieczonych absolwentów. 10 proc. pracuje dorywczo, a 10 proc. kontynuuje naukę na dwuletnich studiach doktoranckich. Gdybyż tak u nas...

— Reszta ma problemy. Zwłaszcza absolwenci niżej notowanych uczelni i mieszkańcy niektórych regionów — np. na Okinawie tylko 40 proc. studentów tuż po studiach znajduje pracę — mówi Takashi Tsuchiya.

Kluczową rolę odgrywa prestiż uczelni (dla zainteresowanych karierą w Japonii: najlepsze uczelnie to uniwersytety w Tokio i Kioto oraz Tokijska Uczelnia Przemysłowa).

Studenci szukają pracodawców, a pracodawcy — studentów.

— Ale tylko najlepszych! Duże korporacje penetrują uczelnie i czołowym studentom, nawet najmłodszym, proponują współpracę. To powszechne zjawisko na kierunkach ścisłych. Przedsiębiorstwa fundują stypendia albo staże, dają możliwość pracy dorywczej i wtedy sprawdzają, czy kandydat rzeczywiście nadaje się na pracownika – opowiada wiceszef Jetro.

Dodaje, że w Japonii dużą rolę w rekrutacji odgrywają profesorowie z kontaktami w korporacjach; kiedy „szepną słówko” o tym czy innym studencie, to często otwiera ich podopiecznym drzwi do kariery.

My i oni

Czy japoński model ma jakikolwiek odpowiednik w Polsce? Oczywiście nie. Można co najwyżej mówić o zalążkach.

W prestiżowych uczelniach w Polsce znane firmy utrzymują „ambasadorów”, dbających o poczesne miejsce przedsiębiorstwa w klasyfikacjach pracodawców — najzdolniejszych studentów. Ci pomagają w przygotowywaniu szkoleń, seminariów i staży. Tacy przedstawiciele współpracują z działami personalnymi. Już w czasie studiów legitymują się wizytówkami ING czy Unilevera, potem często osiadają w tych firmach na dobre.

Rankingi mają nie tylko studenci, ale także ich przyszli pracodawcy, którzy systematycznie otrzymują od samorządów studenckich listy najlepszych na poszczególnych latach. Prymusów łowią zwłaszcza firmy konsultingowe (masowo zatrudniają studentów IV i V roku). To jednak specyficzny proces rekrutacji, bo — jak twierdzi prof. Piotr Płoszajski, kierownik katedry teorii zarządzania SGH — 90 proc. z nich najpóźniej po kilkunastu miesiącach pracodawca zwolni: pozostają najzdolniejsi, ale i najlepiej zmotywowani do ciężkiej pracy.

Ten mechanizm dotyczy studentów starszych lat.

— Mamy nadzieję, że pracodawcy zwrócą uwagę i na młodszych studentów. Na razie takie zainteresowanie jest znikome. Wyszukanie sponsora do informatora dla kandydatów na studia graniczy z cudem — narzeka Jacek Polkowski, rzecznik Szkoły Głównej Handlowej.

Ale i to się — fakt, powoli —zmienia. Najlepszy w ostatniej rekrutacji na SGH otrzymał nagrodę od Deloitte.

Sieć na najzdolniejszych studentów I roku zarzuca m.in. Lucent Technologies. Fundacja tej firmy poszukuje wśród świeżo upieczonych studentów informatyki i telekomunikacji 10 polskich uczelni (m.in. AGH i politechnik w Krakowie, Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu) 2 osób. Wybrańcy — wraz z 50 rówieśnikami z całego świata — polecą w lipcu do Lucenta. Prócz laboratoriów Lucent Technologies młodzież zobaczy Nowy Jork, a pobyt w USA każdemu studentowi uatrakcyjni czek na 5 tys. USD. Wyjazd to także przepustka do praktyk w lokalnych oddziałach Lucent Technologies. Na równie atrakcyjne upominki mogą liczyć stypendyści fundacji General Electric, która — oprócz praktyk — zapewnia wsparcie finansowe (3,6 tys. USD).

Bywa, że biznesmeni uciekają się do mniej sformalizowanego poszukiwania diamentów w uczelnianych murach. Przykładem: Jan Kulczyk, właściciel Kulczyk Holding.

— Większość zatrudnianych przez nas osób już na studiach wpadła nam w oko. Nie ukrywam, że z Poznania bywa ich więcej — mówi Jan Kulczyk.

Biznesmen jest zaprzyjaźniony z wielkopolskimi uczelniami. Planuje uruchomienie nowej fundacji, mającej finansować zdolnym Polakom studia na renomowanych uczelniach światowych. Jedynym warunkiem miałby być powrót do Polski po zakończeniu nauki.

Przywiązani

Na tym jednak podobieństwa między realiami naszymi i japońskimi się kończą.

— Większość poszukujących pracy młodych Japończyków liczy na zatrudnienie w firmie do końca życia. Oczywiście część z nich zmieni potem pracę — jak niedawno po bankructwie w japońskich bankach — ale to tylko niewielki procent — uważa Makoto Seki, prezes Toyota Motor Poland.

System, którego trybikiem stają się, zapewnia stabilizację, pewną ścieżkę kariery, rosnące — proporcjonalnie do stażu — płace, szkolenia, dodatki socjalne i pewność, że nawet kiedy firma nie będzie go potrzebować, nie straci pracy. Pod warunkiem, że sam z niej nie zrezygnuje. Shushin koyo, bo tak ten system nazywają Japończycy, ma zastosowanie tylko w dużych organizacjach.

— Dożywotnie zatrudnianie budzi w pracowniku bardzo silną lojalność, sprawia, że są bardziej zaangażowani w sprawy firmy. Dla zatrudnionych ma to ogromne znaczenie — opowiada Makoto Seki.

W umowach o pracę nie ma zapisów o dożywociu (zabrania tego prawo), ale obydwie strony traktują się tak, jakby były. Dzięki temu japoński pracodawca, świadomy lojalności pracowników, na dzień dobry oferuje im nawet 12-miesięczne szkolenie, a potem system stałego doszkalania. Japończycy korzystają z finansowanych przez pracodawców szkoleń siedem razy częściej niż Europejczycy czy Amerykanie.

Trochę dziegciu

Eksperci od zarządzania część winy za długotrwałe załamanie gospodarcze zrzucają na tradycyjny japoński model zarządzania, w tym właśnie na shushin koyo.

Shushin koyo ma więc i słabe strony, nie tylko dla gospodarki, ale i dla wewnętrznej kondycji firm.

— Jeżeli ktoś ma dobrą pensję i wie, że firma go nie zwolni, czasem pozwala sobie na mniejsze tempo pracy — przyznaje prezes Toyota Motor Poland.

Pracodawcy wstrzymują się jednak ze zwolnieniami — nawet, gdy część pracowników jest zbędna, a ich obecność w firmie ogranicza się właściwie do figurowania na liście płac. Z tego powodu shushin koyo ostro krytykowano w ostatnich, trudnych dla Japonii latach.

Jak temu zaradzić? Rozwiązaniem bywa pobudzanie wewnętrznego wyścigu, w którym stawką jest wyższe stanowisko i adekwatna do niego pensja. Do tej pory w Japonii obowiązywał senioralny system płac, w którym stawka była ściśle powiązana ze stażem.

— Dużo się zmienia. Teraz bardziej od stażu zaczyna liczyć się to, co pracownik wnosi swą pracą do firmy — przekonuje Makoto Seki.

W Japonii to rewolucyjne zmiany.

— Wszyscy szukają oszczędności, a ten system nie sprzyja efektywności pracy — prowadzi do przerostu zatrudnienia — uważa Piotr Płoszajski.

Niepotrzebnych pracowników przesuwa się do innych zajęć. Pozwala na to tamtejszy system pracy, w którym mniej liczy się specjalizacja pracowników niż umiejętność realizowania w zespołach postawionych przed nimi zadań.

Transfer, zwany w Japonii haichitenkan, obejmuje każdego roku tysiące pracowników. Wiele firm zrezygnowało z tradycji na rzecz bardziej życiowych rozwiązań — na przykład zwolnień grupowych. Inni czasowo ograniczyli nabór nowych pracowników.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Radosław Omachel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Ale mają fajnie!